Skłonności

Autor: Małgorzata Południak


 

Sztuka współczesna jest nieustającym tematem dyskursu akademickiego. Jednak mam wrażenie, że nic z tego nie wynika. Hermetyczny i akademicki język drażni, nie pozwala zrozumieć odbiorcom sztuki, o co właściwie chodzi rozmówcom. Co jest ważne, a co nie. Jak można w sposób precyzyjny wypowiadać się na temat sztuki teatralnej cenionej noblistki i jednoznacznie skreślać ją, jako wartościową. Z moich obserwacji wynika, że w każdej przestrzeni artystycznej dorabia się jakąś ideologię, by wpasowała się w panujący trend. Oczywiście profesorowie, historycy sztuki, krytycy pełnią rolę autorytetów, przynajmniej taką powinni. Wygląda jednak, jakby ich czas przeminął. Dzisiaj prowokuje się ludzi konkursami, wybiera się artystów, którzy owszem, znają się na technikach malarskich, przeżywają duchowo to, co robią, łączą rękę z okiem, przenikają warstwy, ale nic z tego nie wynika. Nic się nie dzieje. Mnie się to nie podoba. Nie czuję twórczości laureatów, ich humoru, sarkazmu. Jakby byli uwikłani i zapominają, że w dobie Internetu, można zerknąć i ustalić, jakim kluczem doboru posługują się ci, którzy kreują pozostały świat sztuki. Dzisiaj wiele instytucji państwowych oderwanych od rzeczywistości, promuje przeciętność. Ogranicza wolność albo poddaje nas jakiemuś porządkowi. Czasami marzę o bezludnej wyspie i chociaż lubię ludzi, spotykać się z nimi, poznawać, filozofować, uciekam od nich – unikam skupisk, towarzyskich powiązań. Czasami mam wrażenie, że coś tracę, kiedy jednak tak siedzę w tłumie i nic do mnie nie dociera, te wszystkie uśmiechy, gadki stają się bezużyteczne. To jest taki czas, że wolę pisać o obrazach, o tym, co widzę, czytam i przeżywam. O mojej obsesji związanej z głodem, emigracją. O estetyce słów, wewnętrznej strukturze torfu. To mnie bardziej zajmuje niż jałowe dyskusje o skuteczności częstych spotkań z czytelnikami i „pokazywaniu się” na festiwalach. Ostatnio zagadują mnie znajomi. A przyjedź, poznasz tego znanego poetę, poznasz tego wybitnego pisarza, poznasz tych wszystkich znanych i zajebistych ludzi. I nawet przez chwilę mam na to ochotę, ale zaczynam czytać o Klee, oglądam sztuki Becketta i czuję, jak cofam się w siebie, pomijam możliwości wyjścia do innych. Siadam w niezwykle wygodnym fotelu przy biurku, które samo w sobie jest niezłą sztuką, patrzę na obrazy Katarzyny Tchórz, na ceramikę Baśki Trzybulskiej, na kostki torfu, na muszle, nosorożce i zatapiam się w tym, co mnie tworzy i scala. I kiedy mogłabym polecieć i spotkać się, może nawet coś osiągnąć, przyjrzeć się wybitnym jednostkom, pakuję termos z kawą i jadę na Mullaghmore. Wyobrażam sobie świat ludzi kiedyś tam żyjących, zgaduję, jak myśleli, co ich ukształtowało, dlaczego byli niezależni i kochali ponad życie to konkretne miejsce. Myślisz, że mam prawo pisać o sztuce? Podejmować dyskusje, chociaż unikam tego całego blichtru, znajomości i układów?

 

Bo kiedy mówisz do mnie: posłuchaj! Zasypiam.

Przenoszę się z miejsca na miejsce, byle nie dorosnąć.

Któregoś dnia w gęstym zapachu cedru pszczoły

zatopią się i tak zostaną. Leniwie zakwitną białe kwiaty,

nie znam ich nazwy. Będziesz powtarzał: spójrz na górę,

nie śpij, spójrz na jej kształt. Wklęsły profil, jak kadłub Titanika.

 

Coraz więcej o historii, wodospadach, zieleni,

która zasklepia rany, pęcznieje od nadmiaru wody.

Kiedyś tam wejdziemy, na szczyt zalany mgłą.

Przejdziemy przez wszystkie opuszczone jaskinie.

Po prawej stronie ocean zmyje ślady. Pęcherzyki

powietrza, doły wypełnione mleczną pianą.

 

Więc tak, napisałam, że jestem stara i sentymentalna.

Lubię do znudzenia Mullaghmore, mity, legendy,

celtycki patos. Murale z Yeatsem, jakby podtrzymywały

hrabstwo na duchu. Kamienie ciążące na połamanych

kościach. Nazwy zamków. Ich lotność. Kaskady deszczówki

w październikowy wieczór. Jesteśmy bezpieczni

aż do zimowej fali wiatru, który nie ma dna.

 

 

I tutaj Dochodzimy do kwestii uczciwości. Nastały takie czasy, że łatwo zaobserwować, kto jest kim i jakie ma poglądy. Wystarczy zerknąć do mediów społecznościowych. Chwiejne postawy, artystyczna buta wyłaniająca się z różnych środowisk. Jakieś gierki, opowieści umocowane w taki sposób, by dostosować się do aktualnych wymogów, niekoniecznie zgodnych z naszymi przekonaniami. Cały ten wrzask nie pokrywa się z tym, co tworzą najróżniejsi artyści. Czy nie masz jednak wrażenia, że jesteś w złym miejscu? Obserwuję grupę kontestatorską Sztuczne Fiołki. Świetnie komentują niektóre działania w przestrzeni publicznej, obszernie i dobitnie zwracają uwagę na funkcjonowanie nie tylko władzy, ale wielu środowisk, które same uważają się za opiniotwórcze.

 

Zła się nie ulęknę. Zmięta wpół od natłoku myśli,

opróżnionych filiżanek, dopełniona tym, co nie pozwala

oddychać. Kreślę słowa, pewność, że szukanie oznacza

znalezienie. Nie tylko gra może wytrącić z równowagi.

 

Denerwujące loczki niczego nie ukryją, coraz częściej

nie pasują do sukienki. Ktoś wciąż nieprzygotowany umiera,

potem odradza się po kilku łykach grzanego wina. Inny podaje

szklankę z granatowym uchwytem. Chociaż nie mogę mówić,

 

dlatego trwam w bezruchu, w rękach trzymam notatki, mnóstwo

niepoznanego piękna, odwróconej perspektywy. Przewrotnych

pojęć. Przychodziłam prosto pod mur, bo tam usypiają ptaki.

Wolne, budzą się i szybują, lądują zawsze z tej samej strony.

 

Mogłabym określać czas, gdyby nie chmury, poranne tęcze.

Leniwe koty uchodzą z życiem, psy z drobnymi śladami krwi

liżą rany. W tym samym miejscu, z którego nie mam odwagi

odejść. Żeby wrócić.

 

 

Wielu ludzi sprzeciwia się dyktatowi nowej władzy, jednak – co mnie uderzyło – wielu artystów, przez to, że sponsorami ich działań są instytucje państwowe, dostosowuje się do oczekiwań, by w ogóle istnieć. Są wszędzie, na każdym festiwalu, wernisażu, byle o nich mówiono. Widać, że ich działania są zdawkowe, nastawione na zdobycie grantu. Robią wiele, byle o nich pisano, niekoniecznie dobrze. W międzyczasie powstają jakieś nowe miejsca, ludzie rozłażą się i lansują. Przyznam, że mnie się odechciewa służyć sztuce, kiedy dostaję e-mail od wydawcy, któremu zależy na recenzjach i bez ceregieli zadaje pytanie, ile kosztuje recenzja. A kiedy odpisuję, że redaktorzy sami dobierają sobie lektury, obraża się, pęcznieje i wymyśla niestworzone historie o mnie i zespole redagującym pismo. Ci ludzie bez kręgosłupa moralnego wydają się tacy karykaturalni. Oczywiście łatwo jest mi tak napisać, bo jestem niezależna i nie muszę się wkradać w niczyje łaski. Przyznaj, miewasz obrzydliwych znajomych? Bo ja owszem. Jednak potrafię ich trzymać na dystans, mimo że bywają obrzydliwi przy stole, puszczają bąki i nie czują, że to napawa mnie wstrętem. Dlatego jestem blisko tych, na których mogę liczyć  –wzajemność jest istotna i moralność. I nie ma znaczenia, kto po jakiej jest stronie, ważne, że zawsze prezentuje te same poglądy i wiem, że nie zmieni ich w zależności od tego, jak zawieje wiatr. Potrzebuję najróżniejszych ludzi do inspiracji, zagospodarowania przestrzeni. Nie rozumiem jedynie tych, którzy nadają gestom przeciwstawne znaczenie, jak nagle przesuwają się na prawą stronę, bo mogą coś dla siebie załatwić przenikając w nowe, ale chwilowe struktury utopijnego działania. Mam tyle wątpliwości i pytań, kiedy ich obserwuję. Czy strach nimi kieruje, czy może jest coś o czym nie mam pojęcia? Są bluszczowaci w tym konserwatywnym światopoglądzie. Zdradliwi, emanujący brakiem stabilności. Cała ta historia spowodowała, że wpadłam w pułapkę wątpliwości. W pułapkę zwątpienia. – Tekst na podstawie rozmów w sZAFie.

 

Nie mam dobrej kondycji, przestawiam litery,

zdania. Odsłaniają siatkówkę oka, mięśnie,

nad którymi tracę kontrolę. Tik tik.

Później łkam kilka godzin kołysząc się na boki.

Pętelki na wyprutych nitkach, supełki. Rano

szłam przez pola torfowe, do lasu, później pod górę.

 

Pomarszczona zieleń udawała liście, a w nich wyblakłe

odbicie, echo gdzieś ponad. Dźwięk telefonu

kurczył się albo dzwonił. Prawdziwy ciężar. Sterczące włosy,

wrzosy od wiatru roznoszą kwiaty w zakamarki nocy.

Wypełnione miękką skórą dłonie, pamięcią ust, ciała.

Twardniały, rodziły się na nowo.

 

Z kołysanek, zapisanych poematów. Ze słowników, idiomów,

pokręconych sentencji. Pomyłek. Dużo później podkreślam

słowa na kursie z literatury angielskiej. Znam już wszystkie

nazwiska z pisemek. Ciągną się, zakłócają dzień, mylą tropy.

Wiatr od Morza Irlandzkiego robi swoje. Żyję zuchwale,

i mimo skurczów, tańczę. Pokonuję codzienny opór.

 

 

 

 

 Obraz, olej na płótnie Monika Putschka

 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 4648
Komentarze
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com