Indyphar
liczba publikacji: 3
liczba punktów: 31

Saga Indyphara: Próba cz. 1

Dla Magdy

 

Era III: Quinque-Regum, Epoka: Nimio-Terra, Rok: 7499

Północno-zachodni Eden, nom Ismathe

 

Kiedy sen rozpoczyna się wysokim skowytem, rozbrzmiewającym ponad iglicami czarnych drzew, wiesz już, że to będzie koszmar. Neffer-Tari też to wiedziała. Stała pośrodku jałowej skorupy, porośniętej kamiennymi pniami, splątane gałęzie zwieńczały ich ostre wierzchołki. Czekała, aż paraliż zwolni mięśnie, wtedy będzie mogła biec w swym śnie. Tylko dokąd?

Kolejny skowyt wzniósł się pod bezgwieździstym niebem, poruszył gałęziami straszącymi rzędem długich cierni. Kolejne pnie wystrzeliły ze skały. Z każdym upiornym krzykiem las gęstniał, pnącza tworzyły niemożliwą do pokonania sieć. W czerni, między drzewami zamigotały dwa ogniki, okrążały Neffer-Tari. Cofnęła się o krok, jej stopa wniknęła prosto między szczęki sideł. Zatrzasnęły się. Żelazne zęby przebiły miękkie tkanki. Po zimnej, trójkątnej powierzchni spływała ciepła posoka. Usta Neffer-Tari rozwarły się, ale, choć chciała krzyczeć, żaden dźwięk nie odważył się wypełznąć spomiędzy drżących warg.

Osunęła się na kolana, chwyciła metalowe szczęki, naparła z całych sił, jednak im mocniej próbowała rozewrzeć łuki blachy, tym głębiej żelazne kły wnikały w jej łydkę i piszczel. Kolejny skowyt przebił nocną ciszę, echo wtórowało mu zawzięcie, a z ciemnej skały, ku czarnemu niebu, wyrósł kolejny pień. Z jego boków wystrzeliły gałęzie, chwytając, niczym ramiona, sąsiadujące drzewa. W ciemności ponownie zabłyszczały dwa ogniki. Po przeciwnej stronie zapłonęły kolejne dwa. I jeszcze para przed Neffer-Tari. Mrok zdobiły jasne punkty, jakby gwiazdy z kosmicznej przestrzeni zstąpiły w las i kolejno się ujawniały.

To nie ogniki. To oczy. Ziejące iskrami krwiożerczych pragnień ślepia, zakotwiczone w łbach, niby ludzkich, a jednak obrzydliwie zdeformowanych. Ciemność skrywała ruchy bestii, ale suche gałęzie pękały pod ich krokami. Potwory zbliżały się. Warczały i wyły, by przywołać innych na posiłek.

Neffer-Tari spojrzała na sidła - łańcuch, którym były przymocowane, niknął w skorupie ziemi. Chwyciła go. Pociągnęła z całych sił. Ogniwa wynurzały się leniwie, rzucając na boki zbite grudy. Jedno z monstrów stąpnęło na wynurzający się łańcuch - posłuchał rozkazu, nie drgnął już. Potwór zawył. Z otaczających pni wystrzeliły pnącza opatrzone cierniami; oplotły przeguby Neffer-Tari, pociągnęły jej ramiona na boki. Dziewczyna zawisła. U jej stopy brzęczał łańcuch sideł.

Stwory wyłaniały się z ciemności, niczym płody mroku, zrodzone z samej otchłani, nie wychodziły z dotychczasowego ukrycia, lecz wyłaniały się z cieni. Błyszczące oczy gęstniały przed twarzą dziewczyny, dziesiątki silnych palców zacisnęło się na jej ramionach i talii, dwa uchwyciły szczękę. Jedna z bestii zbliżyła swoje odrażające lico do twarzy Neffer-Tari. Wciągnęła podniecającą woń strachu. Rozwarła paszczę uzbrojoną w dwa rzędy stożkowych kłów. Zasyczała i wgryzła się w zimne policzki dziewczyny.

Neffer-Tari krzyknęła, wypychając w przód ramiona oswobodzone z sennego paraliżu. Zawinęły się w mokrej od potu kołdrze. Szamotała się, próbując wypłynąć spod pościeli. Odrzuciła ją na bok. Zachłysnęła się zimnym, nocnym powietrzem. Usiadła. Serce łomotało w piersi, ale oddech już się uspokajał, już spowalniał, wracał do swojego naturalnego rytmu. Nie było ani kolczastych drzew, ani błyszczących w ciemnościach ślepiów.

Wstała z łóżka. Podeszła do okna i wyjrzała na dziedziniec, żwirowa alejka niezmiennie prowadziła od wejściowych wrót do bramy. Dziewczyna odwróciła się, oparła o zimną szybę i potarła dłońmi twarz.

Wyszła z sypialni, stąpając po grubym chodniku, ruszyła wzdłuż korytarza lewego skrzydła, ku klatce schodowej. Zza zamkniętych drzwi pokoju jej ciotki dochodziło głośne chrapanie. Neffer-Tari zeszła do kuchni, kilka łyków wody do reszty przywróciło ją jawie, mimo to, nie wróciła do sypialni.

Tuż przed świtem zjawiła się służąca.

- Dzień dobry, panienko. Co panienka tak wcześnie robi na nogach?

- Dzień dobry, Anu. Zbudziłam się i nie mogłam później zasnąć.

- Znów złe sny? Niech się panienka nie zamartwia. W panienki sytuacji, każda młoda panna nie potrafiłaby spokojnie przespać nocy.

- Pewnie masz rację, Anu.

- Na pewno mam. A na złe sny, najlepsze jest syte śniadanie. Zaraz coś panience przygotuję.

Poczciwa Anu, o posturze ogromnej beczki piwa, turlała się po kuchni i przygotowywała śniadanie, a Neffer-Tari wyglądała przez okno, upewniając się, że w żadnym z cieni nie majaczy para ogników. Po posiłku dziewczyna odważyła się wrócić do sypialni. Na zewnątrz świat tonął w pomarańczowych barwach. Dzień zatriumfował.

Gdy słońce wspięło się na szczyt nieboskłonu, Neffer-Tari wyprowadziła ze stajni czarnego rumaka, dosiadła konia, związała ciemnomiodowe włosy i zapięła skórzany kaftan. Popędziła w stronę bramy. Brukowane alejki Ismathe, jak każdego dnia, przemierzał tłum mieszkańców, wzdłuż kamienic stragany zachęcały kolorowymi wystawami. Dziewczyna, minąwszy główny rynek, dotarła do bram stolicy nomu.

- Witaj, Neffer-Tari - zawołał strażnik. - Jak się miewasz?

- Dobrze, dziękuję. Ale ostatnio zaniedbują Shagya. - Poklepała rumaka po umięśnionej szyi. - Przyda mu się dłuższa wycieczka.

- Uważaj na siebie.

- Będę.

Wyjechała poza mury i ruszyła traktem na północ, przy rzece skręciła na zachód, minąwszy las, dotarła do rozległej plaży. Orzeźwiająca bryza oplatała Neffer-Tari. Dziewczyna poprowadziła konia wzdłuż brzegu, zamknęła oczy, rozkoszując się ciepłem spływającym na jej twarz i zapachem morskiej wody wymieszanym z intensywną wonią żywicy i igieł nieopodal rosnących sosen. Spokojne fale muskały piasek, znaczyły go pianą, szumiały rytmicznie, spokojnie i powoli.

Tuż przed klifem, Neffer-Tari zawróciła Shagya. Obiecała ciotce wrócić przed zmierzchem, a ten powoli się zbliżał. Minąwszy las i pola uprawne, dotarła do traktu - wił się na południe ku stolicy nomu, Ismathe, miastu otoczonemu wysokim murem, zza którego wystawały strzeliste wieże pałaców, głównego zegara i ratusza. Dziewczyna minęła w bramie tego samego strażnika, tuż przed rynkiem skręciła w stronę północnych dzielnic.

- Neffer-Tari! Neffer-Tari! - Usłyszała piskliwy głos przedzierający się przez gwar tłum - Neffer-Tari, zaczekaj.

- Słyszysz coś, Shagya? - Rumak zarzucił łbem. - Ja też nie.

- Neffer-Tari, zaczekaj na mnie.

Dziewczyna pociągnęła wodze, ustawiając konia w poprzek alejki. Niski chłopiec rąbnął o zad zwierzęcia i wylądował między jego tylnymi nogami.

- Kor? To ty?

- Wołałem cię.

- Wybacz, stąd nie słyszę zbyt dobrze tego, co się dzieje pod Shagya.

- Biegłem za tobą, a nie pod. - Chłopiec wygramolił się spod rumaka, otrzepał i spojrzał na Neffer-Tari, ściągając usta. - Gdzie byłaś?

- Na plaży, a co?

- Czemu mnie nie zabrałaś?

Dziewczyna wpatrywała się w niecodziennie bladą twarz młodzieńca, którego węglowoczarne włosy sterczały na wszystkie strony. Kąciki jej ust lekko drgnęły ku górze, jednak w oczach zatliły się refleksy, tańczyły na szklistej powierzchni, zbyt cienkiej, by spomiędzy powiek słynęło kilka słonych kropel, zbyt wyraźnej, by ich nie zauważyć. Neffer-Tari wyciągnęła rękę do Kora I.

- Chciałam… Pojechałam sama, bo… Och, przepraszam. Nie gniewaj się.

Młodzieniec chwycił wyciągniętą rękę, podciągnął się i wskoczył na zad konia. Oplótł talię przyjaciółki.

- Nie gniewam się, ale plaża leży poza murami. Tam nie jest bezpiecznie. Ktoś mógł cię napaść.

- A twoja obecność z pewnością wystraszyłaby wszelkich śmiałków.

- Hej, może i jestem mały, ale…

- Kor, masz dzielne i złote serce, no i zręczne ręce - tego ostatniego Neffer-Tari nie powiedziała ani z podziwem, ani z aprobatą - ale nie wystraszysz żadnego dorosłego mężczyzny. Oboje to wiemy.

- Może i nie wystraszę, ale celnie rzucam kamieniami.

Dziewczyna zaśmiała się szczerze, po chwili jednak ściągnęła usta, rozejrzała się i westchnęła ciężko. Poprowadziła rumaka do domu swojej ciotki. Przed bramą, Kor zsiadł z konia, poklepał go po zadzie.

- Do zobaczenia. - Spojrzał na przyjaciółkę.

Neffer-Tari uśmiechnęła się na pożegnanie i pojechała za willę, przechodząc z rumakiem przez wejście stajni, potrąciła nieopatrznie pozostawione wiadra i szczoty. Ignorując rumor, zaprowadziła konia do boksu.

- Jutro postaram się przyjść wcześniej. - Pogładziła wielką szyję. Koń zarzucił łbem. - Tak, też myślę, że powinniśmy korzystać z każdego dnia.

- Kto tam się pałęta? - W stajni rozległ się potężny kobiecy głos.

- Anu! To ja.

- Ach, ale panienka mnie wystraszyła. Dopiero panienka wróciła? Zmierzcha już.

- Wiem. Dopiero pod klifem się zorientowałam jak już późno.

- Panienka aż pod klif pojechała? - W szeroko otwartych, brązowych oczach Neffer-Tari odbijały się światła naftowych lamp. Anu pomogła dziewczynie założyć blokadę bramy boksu. - Pani Mafdet panienki szukała.

- Zła jest?

- Panienka wie przecież, że pani Mafdet nie lubi, gdy panienka znika na cały dzień. Dość już ociągania się, odprowadzę panienkę do gabinetu pani.

Obie wyszły ze stajni i ruszyły żwirową alejką. Weszły do willi, a na parterze zatrzymały się przed ciemnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Anu położyła na ramieniu dziewczyny swoją wielką dłoń.

- Niech się panienka nie boi. Pani Mafdet panienkę kocha.

- Wiem, Anu. Wiem.

Dziewczyna zapukała dwa razy i uchyliła jedno z drewnianych skrzydeł, nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Ostrożnie zamknęła drzwi. Odwróciła się i podeszła do Mafdet. Kobieta, siedziała za mosiężnym biurkiem, siwe włosy spięła w kok, a okulary połówki zsunęły się do połowy jej garbatego nosa. Nie spojrzała na siostrzenicę.

- Ciotuniu, chciałaś mnie widzieć. - Mafdet zapisywała coś na pergaminie. - Ciotuniu, wiem, że długo mnie nie było, ale dopiero zaczęło się ściemniać, a miałam wrócić przed zmierzchem. Dotrzymałam słowa.

- Dziecko, codziennie masz wracać najpóźniej przed zmierzchem. Jednak sądziłam, że w ostatnie dni wykażesz się większą odpowiedzialnością i będziesz wracać wcześniej.

- A co to ma wspólnego z odpowiedzialnością?

- Powinnaś być wyspana i wypoczęta.

- A to dlaczego?

- Wyspana będziesz piękniejsza, a wypoczynek doda ci energii. Znowu wyglądasz na zmęczoną, a wierz mi, przygotowania do ślubu pochłoną każdą kroplę siły, jaka w tobie została.

Neffer-Tari minęła biurko i podeszła do okna. Dziedziniec powoli zalewały głębokie cienie. Trel ptaków ustępował cykaniu świerszczy.

- Nie da się odwlec ślubu?

- Dziecko, za sześć dni skończysz szesnaście lat, znasz zwyczaje i… umowę.

- Znam, to jeszcze nie znaczy, że się z nimi zgadzam.

- Zmień ton, młoda damo. - Mafdet wstała zza biurka. Neffer-Tari nie drgnęła, nadal wpatrywała się w dziedziniec niknący w ciemnościach. - Jutro przyjeżdża sir Socaris, powinnaś wypocząć, by godnie go powitać. - Dziewczyna prychnęła. - Ostatni raz cię ostrzegam, zmień ton. Sir Socaris to twój przyszły mąż i powinnaś okazać mu szacunek, jeśli nie przez to kim dla ciebie będzie, to przynajmniej przez wzgląd na to, co zrobił.

- Nic mu nie zawdzięczam.

- Nie możesz tak mówić.

- Gdy przyszedł, było już cicho… A później zażądał mojej ręki.

- Miał do tego prawo.

- Po prostu pozwoliłaś mnie sprzedać!

- Neffer-Tari! Jak możesz tak do mnie mówić?

- Co Anu dwa dni temu dawała posłańcowi? Przypomnienie dla Socarisa? Temu staremu dziadowi trzeba przypominać o własnym ślubie?

- To nie był list do sir Socarisa.

- A więc co to było?

- Neffer-Tari, moja korespondencja nie jest twoją sprawą.

Dziewczyna odwróciła się od okna, kręcąc głową.

- Wuj by na to nie pozwolił - wycedziła.

Mafdet spoliczkowała siostrzenicę.

- Marsz do swojego pokoju. I nie pokazuj mi się dzisiaj na oczy.

- Z przyjemnością.

Neffer-Tari wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami. Mafdet osunęła się na zdobiony fotel. Westchnęła ciężko. Zdjęła okulary i potarła twarz znaczoną zmarszczkami. Nałożyła szkła, sięgnęła po pergamin leżący na biurku i przeczytała ostatni akapit.

 

Błagam, przyjacielu, wiem że minęło niewiele czasu, ale tego dobra właśnie nam brakuje. Jeśli możesz pomóc, zaklinam Cię, pomóż. Ja nadal cieszę się szacunkiem, ale wpływami już nie, niewiele mogę zdziałać. Z niecierpliwością będę wyczekiwać Twojej odpowiedzi.

 

Zawsze Ci wierna,

Mafdet

 

Schowała pergamin w szufladzie, podsunęła okulary na nosie i opuściła gabinet. Willę spowiła cisza, na jasnych ścianach tańczyły cienie gałęzi, niczym, skrobiące niewidzialnego owada, pajęcze odnóża. Pani dworu weszła na piętro, zatrzymała się przed drzwiami sypialni Neffer-Tari, zbliżyła doń ucho, na drewnianej powierzchni spoczęła pomarszczona ręka. Mafdet zamknęła oczy. Cicho wciągnęła powietrze nosem. Powoli wypuściła je ustami. Zniknęła w swoim pokoju leżącym na początku korytarza. Miała nadzieję, że tej nocy nie usłyszy krzyku siostrzenicy.

 

Od świtu, na dziedzińcu trwał nieustanny harmider, z trzech powozów służba ściągała bagaże, a sam sir Socaris nawet jeszcze nie przyjechał. Neffer-Tari obserwowała ten nieszczęsny chaos z okna swojej sypialni. Związała włosy, narzuciła skórzany kaftan i wybiegła z pokoju, licząc na dotarcie do stajni, nim ciotunia się zorientuje. Dziewczyna zeszła na parter, gdzie służący rozstawiali ciężkie kufry; wyminęła je i prześlizgnęła się pod gabinetem Mafdet.

- Gdzie się wybierasz, młoda damo? - Neffer-Tari obróciła się powoli. Stara kobieta, z trzymaną w drżącej dłoni filiżanką, szła korytarzem prowadzącym od kuchni. - Gdzie się wybierasz?

- Ciotuniu, dzień dobry. Mamy tak wspaniały poranek, pomyślałam, że wezmę Shagya na przejażdżkę. Króciutką. Wrócę przed południem.

- Wykluczone.

- Ale ciotuniu…

- Przed południem ma się zjawić sir Socaris, a ty powinnaś go powitać.

- Mogę się z nim przywitać, kiedy wrócę. - Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie.

- Dziecko, wiem, że to dla ciebie nowa sytuacja, i wierz mi, gdyby nie umowa, znalazłabym ci kandydata o wiele młodszego od sir Socarisa.

- Tu nie tylko o jego wiek chodzi.

- On uratował ci życie.

- On tylko mnie odprowadził. Życie zawdzięczam szczęściu i temu, że siedziałam cicho.

- Umowa została zawarta. Nie możemy udawać, że jej nie ma. - Mafdet zrównała się z Neffer-Tari. - Sir Socaris przyjedzie przed południem, oczekuję, że go powitasz, tylko tyle. Czy to zbyt wiele?

Dziewczyna wędrowała wzrokiem po podłodze i ścianach, przygryzła wargę, nieznacznie potrząsnęła głową.

- Nie, ciotuniu. Powitam sir Socarisa.

Kobieta pocałowała siostrzenicę w czoło.

- Dziękuję, drogie dziecko.

Mafdet zniknęła w swoim gabinecie, a Neffer-Tari wróciła do sypialni. Przekręciła klucz w drzwiach. Skórzany kaftan rzuciła na oparcie głębokiego fotela, wysokie buty wylądowały niedbale pod ścianą. Dziewczyna opadła na łóżko.

Tuż przed południem do posiadłości przybył sir Socaris i jego dwaj przyjaciele, Neffer-Tari obserwowała z okna sypialni, jak Mafdet wita ich na dziedzińcu, jak razem wchodzą do willi. Narzuciła lekki szal, uzupełniający ciemnozieloną suknię i gorset zdobiony kwiecistą koronką, zeszła na parter, skręciła do korytarza prowadzącego pod gabinet ciotki. Z każdym krokiem coraz wyraźniej słyszała niskie, zachrypłe okrzyki. Uchyliła jedno z drewnianych skrzydeł. Przecisnęła się przez szczelinę. Sir Socaris znacznie się postarzał, choć nadal budził respekt niedźwiedzią posturą; zwłaszcza przy dwóch towarzyszących mu, mizernie chudych weteranach.

- Zatrzymamy się tylko na kilka dni - zaznaczył sir Socaris. - Po urodzinach Neffer-Tari, zabiorę ją do swojej posiadłości we Flyr.

- Nie mieszkasz już w Aberdiz? - Mafdet zapytała z grzeczności.

- Och, nie. Mam już dość tej corocznej paniki. We Flyr jest spokojniej. Ale w Aberdiz został mój syn. Jest w wieku Neffer-Tari, jego matka była… dobrą kobietą, przynajmniej dla naszego syna.

- Była dobrą kobietą - powtórzyła Mafdet.

- A gdzie Neffer-Tari?

- Jestem. - Dziewczyna nadal stała przy drzwiach. Nieśmiało dygnęła, uważając, by szal nie zsunął się z jej ramion. - Witaj, sir Socarisie.

- Ach, Neffer-Tari, doprawdy rozkwitłaś. Jesteś… jesteś już kobietą. - Starzec zapatrzył się w obfity biust dziewczyny. - Nie spodziewałem się, że będę mieć aż tyle szczęścia.

- Piękna żona ci się trafiła - skomentował jeden z weteranów. - Też bym taką chciał.

- Ta… - Sir Socaris podszedł do przyszłej małżonki, chwycił ją w talii i przyciągnął do siebie. - Jest moja. Znajdź sobie własną.

- Pił pan, sir. - Dziewczyna odwróciła głowę.

- A pewnie, że piłem. Musiałem jakoś uczcić dzień, w którym zobaczę, jak bardzo moja żona wyrosła. - Starzec złapał Neffer-Tari za szczękę, przytknął do jej policzka swoje spękane usta. - Jestem ciekaw, jak smakujesz - wyszeptał.

- Sir Socarisie - wtrąciła Mafdet - jeszcze nie jesteście małżeństwem, a obłapianie młodych panien nie przystoi tak wysoko postawionym mężom.

Starzec łypnął na kobietę. Wypuścił przyszłą małżonkę, zlustrował ją dokładnie, dłużej zatrzymując wzrok na piersiach, poprawił marynarkę munduru i odszedł od drzwi.

- Nasza Mafdet zawsze ceniła sobie zasady.

- W tym domu się ich przestrzega.

Socaris stanął na środku gabinetu, obrócił się w kierunku drzwi.

- Trzeba się napić! - zarządził. - Melchior - zawołał swojego sługę. W drzwiach pojawił się szczupły, wystraszony chłopiec.

- Tak, sir.

- Przynieś skrzynkę rumu.

- Już niosę, sir.

- Przykro mi - zaczęła Neffer-Tari - ale ja nie mogę wam towarzyszyć w świętowaniu.

- A to niby dlaczego? - zaśmiał się jeden z weteranów. - Wychyl butelkę rumu, to nieco się ośmielisz.

- Neffer-Tari ma swoje obowiązki - poinformowała Mafdet. - Sir Socarisie, nie chcesz chyba rozleniwiać swojej przyszłej żony?

- Racja, lepiej jej nie rozpuszczać.

Dziewczyna skłoniła się uniżenie i opuściła gabinet. Mafdet towarzyszyła sir Socarisowi i jego przyjaciołom, choć nie z grzeczności - wolała się upewnić, że w pijackiej zawierusze nie zmienią wystroju willi. Po obiedzie starcy ucięli sobie drzemkę. Neffer-Tari przechadzała się aleją wzdłuż żywopłotu, jej uwagę zwrócił mężczyzna mocujący się z bramą. Podeszła do niego.

- Bez klucza łatwo nie pójdzie.

- Och, dzień dobry, w końcu ktoś przyszedł. Możesz mi otworzyć?

- Oczywiście, że nie. Kim pan w ogóle jest? I czego pan tutaj szuka?

- Jestem posłańcem Trzeciej Świątyni Światła, mam pilną wiadomość dla pni Mafdet.

- Mogę ją ciotce przekazać. - Wyciągnęła przed siebie dłoń.

- Ty pewnie jesteś Neffer-Tari. - Dziewczyna cofnęła rękę i uważniej przyjrzała się torbie mężczyzny. - Przykro mi, ale wiadomość muszę dostarczyć osobiście.

- Skąd mam mieć pewność, że pan nie kłamie?

- Jeśli masz mnie za złodzieja, to powinienem czuć się urażony. Nie jestem aż tak głupi, by okradać dom, w którym jest pełno ludzi… i to w porze podwieczorku.

Dziewczyna zaśmiała się pod nosem, podeszła do bocznej furtki, nachyliła się i podciągnęła pionowy rygiel.

- Zapraszam.

- A co z kluczem?

Neffer-Tari wzruszyła ramionami.

- Ciotunia powinna być w gabinecie. Zaprowadzę pana.

Oboje ruszyli główną alejką, weszli do willi, minęli hall i skręcili do korytarza na lewo. Pod gabinetem, Neffer-Tari zatrzymała posłańca. Zapukała i uchyliła jedno ze skrzydeł.

- Ciotuniu? - zapytała, zaglądnąwszy do środka. - Ktoś do ciotuniu przyszedł.

- Tak? A któż to?

- Posłaniec z jakiejś świątyni.

Mafdet zerwała się zza biurka.

- Wpuść go żeż, dziewczyno. Na co czekasz?

Neffer-Tari otworzyła drzwi i przepuściła mężczyznę, ten skłonił się wpół i ceremonialnie wręczył kobiecie zapieczętowaną kopertę. Mafdet, z wyraźnie drżącymi palcami, odłożyła wiadomość na biurko. Zapłaciła posłańcowi kilkoma srebrnymi monetami. Mężczyzna szybko się oddalił.

- Co to za wiadomość? - Neffer-Tari zapytała, zamykając drzwi.

Ciotunia nie odpowiedziała, przełamała pieczęć, założyła okulary połówki i zaczęła czytać. Z każdą chwilą rumieńce na jej policzkach nabierały intensywności. W końcu podniosła wzrok.

- Masz, przeczytaj.

Dziewczyna ostrożnie chwyciła pergamin.

 

Najdroższa Mafdet,

 

przyznam, że opisana przez Ciebie sprawa ma wyjątkowo delikatną naturę. Wszak mówimy o długoletniej edeńskiej tradycji, którą w Ismathe kultywuje się ze szczególną starannością. Rozumiem jednak Twoją troskę o siostrzenicę i chyba znalazłem rozwiązanie.

Z Twoich opowieści wynika, że Neffer-Tari jest szczerą i dobrą osobą, jednak niepokoi mnie jej żywiołowość. Sądzę, że mogłaby wstąpić do Zakonu, musiałaby jednak uważać, by jej temperament nie przekreślił starań tak wielu osób.

Rozmawiałem już z najwyższym kapłanem. Jest skłonny poznać Neffer-Tari, choć obawiam się, że będziemy musieli go przekonywać. Najwyższy kapłan Dux rzadko przyjmuje do Zakonu tak młode osoby, jak Neffer-Tari. Fakt, że zgodził się ją poznać, jest już znacznym sukcesem.

Przyjdź, proszę, do Świątyni razem z siostrzenicą. Najwyższy kapłan będzie Was oczekiwał za dwa dni w południe.

Nie mogę zrobić nic więcej, nie mogę też obiecać, że zaproponowane przeze mnie rozwiązanie będzie skuteczne, ale nie zaszkodzi spróbować.

 

Na zawsze Tobie oddany,

Kanish

 

- Chcesz żebym wstąpiła do jakiegoś zakonu? - Dziewczyna nie odrywała wzroku od starannie zapisanych liter.

- Tylko Zakon ma moc zerwania… umowy.

Neffer-Tari podniosła wzrok, w jej brązowych oczach wyraźniej, niż kiedykolwiek wcześniej, drgały płomienie szczęścia i nadziei.

- Co o tym sądzisz? - zapytała ciotka.

Wargi dziewczyny zadrżały, usta wykrzywił nieświadomy uśmiech.

- Co o tym sądzę? - wykrzyczała z radości i rzuciła się kobiecie na szyję. - Dziękuję! Dziękuję cioteczko! - Obcałowała wysuszony policzek starej Mafdet. - Wiesz, że jesteś wspaniała?

- Oczywiście, że to wiem. A teraz już mnie puść i nie krzycz tak. Lepiej, żeby sir Socaris nie dowiedział się zawczasu o naszym planie. - Kobieta schowała list do szuflady biurka. - Mam trochę pracy, ty, dziecko, zdaje się, też.

- Już się zabieram do…

Mafdet uniosła rękę, a kącik jej ust drgnął ku górze. Neffer-Tari niemal podskoczyła z radości. Wybiegła z gabinetu. Wspięła się po schodach. Przekroczywszy próg swojej sypialni, przekręciła klucz i runęła w pościel. Ścisnęła poduszkę. Obracała się z boku na bok. Wcisnęła twarz w puchatą kołdrę i krzyknęła wysoko. Piszczała. Tarzała się w pościeli, nie zważając na rujnowanie fryzury, którą tak skrupulatnie układała przed powitaniem przyszłego męża. W końcu się podniosła. Poprawiła włosy i tunikę. Tylko szybki oddech i rumiane policzki zdradzały, kto sponiewierał pościel.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 289  |  Dodano: 2017-03-09 06:44  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Pokwit
poezja 2017-05-19 23:29
Oprócz błękitnego nieba?i parę innych drobiazgów.
pozostałe 2017-05-19 11:29
Spotkanie
opowiadania 2017-05-18 21:59
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com
EMigrating Landscapes
eMigrating Landscapes to interdyscyplinarny projekt, rodzaj naukowego laboratorium, działający w Londynie, na wydziale School of Slavonic and East European Studies University College London.
www.emigratinglandscapes.org/