shecat
liczba publikacji: 57
liczba punktów: 6103

O desperacji matek i trudnej sztuce zabijania

     Nie zabijam.  Z zasady, bo nie lubię, bo mam szacunek dla każdej żywej istoty, nawet najmniejszej. Nie oznacza to, że nie mam na sumieniu komara, muchy  czy pająka. Zdarzyło mi się ukatrupić któreś  w afekcie, udręce, odruchowo, w geście samoobrony. Co do pająków  – przyznaję, boję się ich.  Kiedyś zamordowałam  takiego osobiście, twierdzę, że w obronie własnej. Byłam sama w domu, a on ukazał  się na jasnej ścianie jak czarny zły duch. Był ogromny. Mniejsze zbierałam przy pomocy pudełka od zapałek i wynosiłam za próg już nie raz. Ale taki olbrzym?! Chyba do pudełka po butach musiałabym go zebrać. Nie miałam, ale buta tak. Nie byłam z siebie dumna, ale odetchnęłam z ulgą. Na zewnątrz to co innego – tam nawet pająk nie budzi  we mnie odrazy czy większego strachu. Jest istotą taką samą jak ja, o takich samych prawach do egzystencji  więc  omijam, staram się nie deptać, nie dokuczać.  Ale ja mu do siedziby nie wchodzę i niech on nie pcha się  do mojej.

     Kiedyś, mój  dwunastoletni  wówczas  syn pomagał mi wykopać dołek pod krzew i przy którymś machnięciu łopatą  wraz z ziemią  wyrzucił pajęczycę. To była płeć  żeńska niewątpliwie, bo gdy pozbierała się po upadku, z szybkością światła pognała do białej kulki przypominającej drobinkę styropianu i objęła ją wszystkimi ośmioma kończynami.  Nietrudno było się domyślić, że w tej kulce było jej potomstwo, obojętne w jakiej formie. Syn próbował  patykiem wydobyć kulkę z objęć, ale ona trzymała ją mocno, narażając się na utratę życia.

- Zostaw – powiedziałam. – Nie widzisz, że to matka? I że broni swoich dzieci?

- W tej kulce? – zdziwił się, ale uwierzył.  Z uznaniem przyjrzał się pajęczycy, po czym załadował ją na łopatę razem z grudką ziemi i pajęczym przychówkiem i wyniósł z dala od kopidołów. I dobrze, niech się dziecko uczy szacunku dla bohaterskiej matki, obojętne jakiego gatunku.

     I zdarzyła się rzecz, która była dla mnie próbą, sprawdzianem, życiowym testem czy już sama nie wiem czym. Nasz kocur Fredi zrzucił gniazdo kopciuszków. Trzy pisklaki opierzone zaledwie w połowie znalazły się na ziemi, a ich rodzice krążyli przerażeni  nad nimi. Na szczęście byliśmy blisko i zdążyliśmy pozbierać ofiary naszego ulubieńca. Umieszczone zostały w wymoszczonym wygodnie koszyczku, który wcześniej służył  podczas corocznej tradycji  i ulokowane  w rezerwowej toalecie jako miejscu najbezpieczniejszym  bo  tam nasze koty mogły wchodzić  tylko drzwiami i tylko z nami. Oburzonym  rodzicom starałam się wytłumaczyć, że zajmę się dziećmi i spróbuję wychować na porządne kopciuszki, ale nie wiem czy zrozumieli i w końcu odlecieli szukać szczęścia gdzie indziej. Rozczarowany Fredi  krążył w pobliżu toalety patrząc  na nas z wyrzutem, ale w końcu też  zrezygnował  i poszedł szukać szczęścia poza domem.

     A nasze problemy dopiero się zaczęły.  Patrzyliśmy na trzy małe istoty zbite w  kulkę z trzema dziobami i trzema parami czarnych paciorków wlepionych w naszą trójkę. Kierując się matczynym odruchem, najmniejszym palcem  pogładziłam małe nastroszone  główki, a te cofnęły się w głąb koszyka bo przecież ptaki nie głaszczą się po łebkach więc skąd miały wiedzieć o co chodzi? Uświadomiwszy to sobie  zabrałam  palec, a wtedy jeden z maluchów otworzył dziobek jak małe przepastne  wrota i zaczął drzeć się niesamowicie głośno. Dwa pozostałe poszły w jego ślady. Głód i wola istnienia były silniejsze niż strach, tym bardziej, że w koszyku mogły już poczuć się bezpiecznie. No dobrze, tylko jak? I czym?

     Po zaczerpnięciu wiedzy z właściwych źródeł, okazało się, że kopciuszki  są mięsożerne, a konkretnie owadożerne. Udało nam się złapać parę much.  Pierwsza uciekła z dzioba i następne musiałam przyduszać w palcach błagając je o wybaczenie i krzywiąc się z niesmakiem. Zostały połknięte błyskawicznie, ale dzioby dalej wrzeszczały. Zdecydowaliśmy poszukać czegoś w ziemi póki jeszcze widno.  Jak na złość wszystkie żywe stworzenia pochowały się gdzieś jakby przeczuwały co je czeka. Przyniosłam łopatkę i przy jej pomocy wykopałam trzy dżdżownice olbrzymie jak węże. Stanęłam trzymając  pojemnik z wijącym się pokarmem  przed nienasyconą trójką i załamałam się. Przecież one nie połkną takich wielkich dżdżownic! I co ja mam zrobić? Wiedziałam co, tylko jak ?!

- Przynieś nóż – powiedziałam do męża. Przyniósł. I stało się – perfidnie kroiłam żywe skręcające  się robale na kawałki i podawałam dziobom. Połykały. A ja połykałam łzy lejące się strumieniami  po moim obliczu i dobrze, bo dzięki nim słabiej widziałam co robię. Mąż patrzył  w milczeniu odsunąwszy się jak najdalej.

- Nie płacz, rybacy je przekłuwają czy jakoś tak – chciał mnie pocieszyć.

- Nie jestem rybakiem! – zawyłam. – Muszę nakarmić pisklęta!  Dla nich … jestem matką!  – ryknęłam i zawzięcie kroiłam dalej łkając tak żałośnie, że moje własne serce  zaczęło się kroić.  Samo.

- No, właściwie tak – mruknął – to ja pójdę.  -  Poszedł. Cóż, instynkt ojcowski zawsze budzi się później. Mój, matczyny, był gotowy do działania w momencie gdy wzięłam w palce pierwsze skrzydlate dziecię.

     Dwie wystarczyły. Dzioby zamknęły się, trzy kulki zbiły  w jedną, oczka zaczęły się przymykać. Poćwierkałam  im na dobranoc  coś o nauce latania w przyszłości  i wyszłam. 

     W domu usiadłam na krześle i patrzyłam bezmyślnie na męża i syna jedzących kolację.

- Dobra sałatka – stwierdził syn  spoglądając na mnie ostrożnie. W jego oczach dostrzegłam coś jakby uznanie,  tylko nie wiedziałam  czy dotyczyło ono sałatki czy mojej desperacji w działaniu jako karmicielki różnych stworzeń. – Jutro znajdziemy jakieś mniejsze, nie martw się –  dodał, a to potwierdziło uznanie należne dla drugiego przypadku. Byłam dzielną matką.

- Nałożyć  ci? – mąż spytał prawie nieśmiało.

- Nie – odpowiedziałam. Nie nalegał.

     Poszłam do łazienki. Wzorem Balladyny myłam dłonie długo i starannie. Były  splamione nie tyle krwią, co  zbrodnią.  Myłam każdy palec  z osobna patrząc sobie w oczy w lustrze. Przypomniał mi się program w telewizji, w którym kilka kobiet opowiadało jak to były zmuszone w pewnych okresach swojego życia posunąć się do kradzieży czy prostytucji żeby móc wyżywić dzieci. Słuchałam tego z mieszaniną współczucia i pogardy. O nie, ja bym się nie posunęła do czegoś takiego na pewno!  Tak wtedy myślałam. Teraz zaczynałam tracić tę pewność.  Ja  przecież zabijałam.

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 5408  |  Dodano: 2010-06-13 11:18  |  Punkty od użytkowników: 5.00
Komentarze
Zobacz również
Poena
opowiadania 2017-07-20 22:24
Bardzo dawne opowiadanie po gruntownym liftingu.
Uciekinier cz, 2
powieść 2017-07-21 14:29
Chłopak zmienia otoczenie. Pierwsza lekcja go przerasta, więc tak jak zawsze ucieka. Nie rozumie, że...
ALFA NOVA DWA część 1/4
dramat 2017-07-19 19:46
komedia sceniczna sf
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com