Pusia
liczba publikacji: 5
liczba punktów: 79

Spotkanie

Misza lubiła unosić się wysoko nad ziemią, lecieć z wiatrem, aż rozbolą ją skrzydła: wtedy odpoczywała w cieniu rozłożystych drzew bentowych, pozwalając, by wiatr głaskał jej futerko.

Nigdy nie wiedziała, dokąd poleci, czasem docierała niemal do Czarnych Gór, czasem szybowała nad Jaskiniami, obserwując Rodzinę.

Zostało ich pięćdziesięcioro, uciekinierzy, kryjący się w pieczarach Samotnej Góry przed Pożeraczami. Wypatrywali ich ze szczytu Góry i wierzchołków drzew, Misza codziennie wyruszała na długie patrole, jednak od dawna nikt nie dostrzegł tych okrutnych bestii. Może opuściły Dolinę? Może podążyły ku Nieznanemu Morzu albo Inni zabrali je ze sobą?

Rodzina poczuła się więc bezpiecznie, straże wystawiano już tylko na wszelki wypadek.

,,Przezorny zawsze ubezpieczony.” - tak mawiał stary Bej. Całe życie bał się Pożeraczy, umierał szczęśliwy, że zdołał im umknąć.

Czy Pożeracze są bardzo straszne? - pytała mała Misza, wspinając się Bejowi na kolana.

Są straszniejsze niż wszystko inne - zapewniał tamten, jednak widząc przerażenie dziecka, dodawał:

Ale ja cię obronię!

Misza nigdy nie widziała Pożeraczy, przynajmniej na jawie, bo prześladowali ją w snach: miliardy potworów zakrywały sobą ziemię jak wezbrana rzeka na wiosnę, a ona budziła się, drżąc ze strachu. Jeszcze teraz, gdy już niemal dorosła, pozostało w niej trochę tego dziecinnego lęku.

Zmęczona długim lotem, przysiadła na gałęzi bentu. Słońce ślizgało się po ciemnozielonych liściach, szumiała cicho stara puszcza, kolorowe floribie poderwały się do lotu, strząsając wszechobecny złoty pył; ich wielobarwne błony pulsowały lekko - uleciały z wiatrem, nie wiadomo dokąd.  Złoty pył wirował w powietrzu przez chwilę, po czym opadł, pokrywając sobą ziemię, drzewa, zwierzęta, nawet futerko Miszy. Plikki pełzały wokół korzeni, szukając pożywienia. Misza wyczuwała ich proste myśli, słyszała je, kiedy się mocno skoncentrowała, przypominały odgłos wydawany przez krople deszczu w czasie ulewy. Cichy szum tylu istnień niemal ukołysał ją do snu. Jednak Misza nie zasnęła, poderwała się do lotu; należało wracać.

Członkowie Rodziny gromadzili się wokół Samotnej Góry. Stanowili zbiorowisko istot dziwacznych, groteskowych, patrząc na nich nie dałoby się określić, czy  należą do jednej czy do różnych ras. Wszyscy mieli miękkie, białe futro oraz długie ogony, na tym jednak kończyły się podobieństwa. Niektórzy mieli kończyny długie i cienkie, inni krótkie oraz masywne, ich liczba wynosiła od czterech do ośmiu.

Bea też miała skrzydła.  Kiedy Misza była mała, Bea sadzała ją sobie na grzbiecie i latały razem. Bea wraz z Bejem asekurowali Miszę podczas pierwszych prób samodzielnego lotu. Jaką dumę widziała Misza w ich oczach, kiedy zamiast spaść, poszybowała lekko ponad łąką! Bej poklepał ją po plecach, mówiąc, że teraz Pożeracze na pewno jej nie złapią.  Bea nic nie mówiła tylko mocno ją przytuliła.

Bea i Bej umarli. Po ich śmierci Misza czuła się samotna, jakby nagle straciła grunt pod nogami. Czasami czuła smutek tak palący, że musiała lecieć daleko, daleko, żeby zniknął.

Wylądowała na polance u stóp Góry, gdzie pracowite ręce kroiły czarne pędy bentu, przyłączyła się do nich, wkrótce praca została skończona. Jedli, słodki sok ściekał im po brodach. Słońce zachodziło, poczerwieniało, las i widniejące w oddali Czarne Góry stały się jeszcze ciemniejsze, by wtopić się w mrok nadciągającej nocy.  

O zmierzchu rozpalili ognisko. Usiedli wokół niego, łącząc umysły, przekazywali sobie nawzajem myśli. Myśli są różne, niektóre przypominają kąsające insekty, inne są jak krople deszczu, spadające na czoło lub jak strumień szemrzący w lesie po wiosennych roztopach.

Przekazywali sobie opowieści, o sobie, o Innych i ich Mieście, znajdującym się za Górami, o Pożeraczach i Wojnie.

Bej lubił opowieści. Mawiał, że dobra historia przynosi ukojenie. Bo każdy ma swojego własnego, wewnętrznego Pożeracza, a ten gryzie, gryzie, aż pożre w całości, nie ciało, lecz duszę. Opowieści pozwalają zmierzyć się z nim, pokonać albo przynajmniej zmusić do odwrotu.

- W opowieści - powiedział kiedyś Bej - Pożeracz jest słaby, a ty silna. Jesteś silna, bo pamiętasz, skąd przybyłaś, dokąd idziesz, że nie jesteś sama. Pożeracz jest sam, to go trzyma w ryzach.

Historie Beja przypominały rzekę: głęboką, płynącą powoli, od wieków żłobiącą koryto. Kiedy łączyli się w myślach z Bejem, słyszeli jego mocny, pewny głos: ,,dawno temu, kiedy świat miał tylko jeden księżyc, Lotara, zamieszkiwały go dwa rodzaje istot rozumnych: Inni oraz Rodzina. Inni oddawali cześć Lotarowi, budowali Mu świątynie sięgające samego nieba. Byli dumni i potężni. Żyli w zgiełku i chaosie, porozumiewali się przy pomocy dźwięków jak istoty prymitywne. A jednak to oni rządzili światem, wysyłali Pożeraczy, najstraszniejsze potwory, jakie kiedykolwiek istniały. Niosły śmierć i zniszczenie, żywcem pożerały naszych przodków.  

Nie potrafiliśmy wejść do  umysłów Innych, jakby chroniła je jakaś nieprzekraczalna bariera. Kiedy w końcu udało się to Hamarze Wielkiej, przywódczyni Rodziny i niektórym jej towarzyszom, wielu Innych oszalało nie wytrzymali połączenia. Wybuchła wojna. Wtedy stało się coś dziwnego. Inni zniknęli. Odeszli w obłokach ognia i chmurach pyłu. Opuścili swoje Miasto i świątynie. Pożeracze przestały nawiedzać nasz lud. Od lat nikt żadnego nie widział.  Wtedy też narodził się Amar, drugi księżyc.

- A jeśli wrócą? - zapytał ktoś pewnego wieczoru.

- Jeśli wrócą - odparł Bej - będziemy gotowi.  

Siedzieli wokół ogniska, a na niebie jedna po drugiej zapalały się gwiazdy. Myśli krążyły pomiędzy nimi jak roje owadów. Złoty pył unosił się w powietrzu.

Misza usiadła poza kręgiem światła, zamknęła swój umysł, potrzebowała samotności. Niektóre myśli były przykre, ich właściciele starali się je ukryć, jednak nie zawsze im się to udawało, wymykały się jak złośliwe insekty, kąsając. Zresztą, nawet przyjemne myśli stawały się męczące jeśli słuchało się ich za długo.

Zmęczona Misza zanurzyła się w milczeniu. Czuła chłód pomimo gęstego futra, kawałek owocowej skórki utkwił jej między zębami.  Z ziemi podniosła się mgła, przytłumione światło Lotara ledwo rozświetlało mrok, Amar, nikły punkcik sunął po niebie. Ogień przygasł, Rodzina udała się na spoczynek. Wkrótce wszyscy spali, nawet strażnicy drzemali na posterunkach. Nic nie zakłóciło ciszy. Wkrótce po zwyczajnej nocy nastał zwyczajny poranek.

Misza obudziła się. Otworzyła oczy, ale zaraz znowu je zamknęła: poraziły ją promienie słońca, do jej otwartego umysłu wpłynęła kaskada myśli. Wszyscy już wstali.  Jasne światło sączyło się przez otwór jaskini, w powietrzu czuć było zapach pieczonego bentu.

Nadchodziła jesień. Bent należało zebrać szybko, dni stawały się coraz chłodniejsze, a spiżarnie wciąż nie były pełne.

Pracowali od samego rana. Wspinali się na gałęzie i  zrywali dojrzałe owoce, Misza latała z drzewa na drzewo z lekkim koszem zawieszonym na szyi. Najszybsza ze wszystkich zbierała najwięcej soczystych, pachnących kul, powietrze, rześkie pod koniec lata, było przesycone ich słodkawym aromatem. Spłoszone floribie umykały, a złoty pył błyszczał w promieniach słońca.

Misza oddaliła się od reszty, ich myśli  wyczuwała teraz  jako słabe echo. Zamknęła oczy, wiatr kołysał gałęziami drzew. Zrobiło się cicho, świat wokół zdawał się drzemać w to słoneczne popołudnie pod koniec lata.

Kiedy go dostrzegła, było już za późno. Wyrósł przed nią kolos na sześciu odnóżach, czarny jak najczarniejsza noc. Pożeracz!  Zanim uciekła, chwycił ją w sieć i wciągnął. Nie został po niej żaden ślad, nic oprócz ruchu gałęzi.

Otaczał ją gęsty, nieprzenikniony mrok. Nicość.

Umarła?

Nie czuła się martwa. Oczy pozostawały ślepe, jednak całym ciałem wyczuwała twardą, zimną powierzchnię, na której leżała. Próbowała się podnieść, ale natrafiła na ściany otaczające ją ze wszystkich stron.

Cały czas czuła lekkie kołysanie. Dziwne metaliczne skrzypienie przerażało ją, poza nim nie słyszała nic. Jednak to nie cisza ani ciemność niepokoiły Miszę najbardziej. Nie wyczuwała myśli Pożeracza. Na próżno próbowała się przebić do jego umysłu, napotykała jedynie pustkę. Zupełnie jakby to Pożeracz był martwy.

Słońce chowało się za horyzontem. Lotar zawisł na niebie, Amar jeszcze się nie pokazał, to nie była jego pora. Ostatnie promienie odbijały się od pancerza Pożeracza, idącego powoli w rdzawym półmroku. Stąpał pewnie, pomimo zapadającego zmierzchu. Kiedy nadeszła noc, stanął u podnóża Czarnych Gór. Zatrzymał się tylko na chwilę, zaraz ruszył dalej, bezbłędnie wybierając bezpieczne ścieżki. Nie odpoczywał. Nie zważał na zimno ani na ciemność,kiedy schodził ze zbocza góry ze zdobyczą uwięzioną w trzewiach.

Świt zastał go niedaleko kresu drogi. Gdyby miał oczy, mógłby zobaczyć błyszczące w świetle poranka iglice, okna pozbawione szyb, na wpół zarośnięte drogi opuszczonego miasta. Około południa stanął na niewielkim placu, samotny Pożeracz, ostatni ze swego gatunku. Domy Innych od dawna stały puste, odeszli, a wraz z nimi zniknęli Pożeracze. Być może ten ostatni tego nie wiedział. Wykonał zadanie, powierzone mu przed laty. Teraz czekał.    

***

Stacja suborbitalna Aurora okrążała małą skalistą planetę Kepler 389 b,  znajdującą się na obrzeżach Galaktyki, daleko od jakichkolwiek zamieszkałych światów. Planeta od ponad dwudziestu lat stanowiła przedmiot zainteresowania Ziemian a także innych cywilizacji. Aurora nieustannie podsycała żar dyskusji, przesyłając nowe porcje danych.

Obecnie na stacji znajdowała się tylko jedna osoba, doktor Eleonora Fairfax. Pierwszy tydzień jej miesięcznego pobytu właśnie dobiegał końca. Cieszyła ją samotność. Ziemia była daleko, inne dotychczas odkryte cywilizacje również. Stację zewsząd otaczała nieskończona przestrzeń wypełniona miliardami gwiazd. Cisza i spokój.

Odkrywała siebie na nowo. W małym lusterku oglądała oczy, usta, nos, jakby widziała je po raz pierwszy, dziwiąc się co dzień: ,,To właśnie ja?” Walczyła z własnym ciałem, które w domu tak posłuszne, tu, w warunkach mikrograwitacji, nie poddawało się łatwo jej woli. Musiała ćwiczyć, żeby powstrzymać zanik mięśni, gdyby o niej zapomniano, nie tylko umarłaby: jej ciało skurczyłoby się, osłabło, byłaby trupem, jeszcze zanim przestałaby oddychać.

Na Ziemi żyła w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Nie istniały już choroby nieuleczalne, średnia życia wynosiła dwieście lat. Tylko śmierć była wciąż nieuchronna i ostateczna, ale kto wie jak długo? Imperium ludzkie kwitło, gwiazdy stały się tylko kolejnymi przystankami w podróży po Galaktyce (po części Galaktyki, na razie, ale niedługo cała Droga Mleczna będzie nasza!).

Doktor Fairfax odbywała dotychczas tylko krótkie wycieczki pomiędzy jedną uczelnią a drugą, konferencja na Tau Ceti b, wykłady na Orinus 5, wakacje na Amytrax.

Na tę samotną misję zgłosiła się trochę z nudów, trochę z ciekawości. W zasadzie jej obecność nie była konieczna, Aurora sama poradziłaby sobie z zadaniem, jednak Rokjagellańczycy, zamieszkujący układ odległy o czterdzieści lat świetlnych, zażądali, by Ziemianie umieścili kogoś na Aurorze, bo co będzie, jeśli Aurora oszaleje i zniszczy Rokjagellańczyków?  Rokjagellańczycy mieli w przeszłości przykre przejścia ze sztuczną inteligencją, a poza tym byli głównymi dostawcami rzadkiego metalu, więc Aurory pilnowali zmieniający się co sześć tygodni ,,strażnicy”.

Aurora miała już swoje lata, ale Fairfax wolała ją od nowszych AI, zbyt ludzkich jak na jej gust. Nie przeszkadzał jej sztuczny komputerowy głos, monotonny, niemal pozbawiony intonacji, zbyt ,,sterylny”, by zapomnieć, że ma się do czynienia jedynie z bardzo sprawną maszyną, a nie ze świadomą istotą, zawsze czuwającą i obserwującą to, co się dzieje.

Tak więc Fairfax znalazła się sama w starej stacji, oddzielona ścianą od kosmicznej próżni, zdana na siebie. Podobało jej się to. Często patrzyła na gwiazdy rozsiane w niewyobrażalnie wielkiej przestrzeni lub planetę z jej górami, morzami, lasami, wielokrotnie w ciągu wędrówki stacji rozświetlaną promieniami słońca, by po chwili pogrążyć się w ciemności. Myślała, że chciałaby pomknąć przez tę przestrzeń ku pustce otaczającej galaktyki i jeszcze jeszcze dalej, poza zasięg oczu teleskopów.  

Tamtego dnia wstała o zwykłej porze. Odpięła pasy, przytwierdzające ją do łóżka i popłynęła w stronę łazienki. Przy śniadaniu wysłuchałą porannego raportu Aurory oraz standardowych życzeń miłego dnia. ,,Nic się nie dzieje. Przed nami kolejny, zwykły dzień.”  

Jednak nagle Aurora powiedziała coś takiego, że Eleonora omal nie zakrztusiła się syntetyczną kawą z tubki:

- Alarm 12A! Alarm 12A! Automatyczny Łowca nr 236/43 c schwytał formę życia nr 1. Należy wdrożyć procedurę 1a.  

- Niemożliwe! - Podpłynęła do monitora, wyświetlającego obraz z nanokamer unoszących się w powietrzu w postaci złotego pyłu. Rzeczywiście, jeden z Łowców był aktywny, a w jego okrągłym brzuchu znajdowała się istota o parametrach życiowych odpowiadających gatunkowi nr 1. Łowca znajdował się w opuszczonej ziemskiej bazie.

- Myślałam, że wszyscy zostali zezłomowani. Jakim cudem ten się uchował?

- Brak danych.

- No nic, trzeba tę małą wypuścić, a potem się zobaczy. - Wystukała odpowiedni kod, wysłała sygnał i czekała na efekt. I nic. Łowca nie wypuścił swojej ofiary.

- Cholera. Super. Dobra, Aurora, przeprowadź diagnostykę. - Aurora nie odpowiedziała, lecz jednostajny szum świadczył o intensywnej pracy. Fairfax nie pozostało więc nic innego, niż uzbroić się w cierpliwość.

- Diagnostyka zakończona. Wykryto awarię systemu odbiornika 123/Iu Łowcy.

- Czyli, mówiąc po ludzku, on nie może odebrać naszego sygnału, tak?

- Tak jest.

- Czy usterkę można naprawić zdalnie?

- Wykluczone. Usterka niemożliwa do zdalnej naprawy. Proponowane rozwiązanie: wysłanie na planetę robota typu XQ5.

- Wspaniale Auroro! Wysłanie robota to oczywiste rozwiązanie. Tyle, że przypadkiem nie mamy robota XQ5, bo na stacji był tylko jeden, i ten jeden robot typu XQ5 się zepsuł, bo doktor Capet wolał jeść fistaszki, zamiast pilnować robota, którego wysłał na planetę po próbki roślin. Mój zmiennik przywiezie go za pięć tygodni. Jeśli wyślę wiadomość do bazy, dostanę robota za jakiś tydzień, jeśli akurat jakiś będzie wolny. Przeklętych robotów zawsze brakuje! Tak czy siak, będzie za późno. Nie możemy tyle czekać. To biedne stworzenie nie może. Muszę tam zejść.

Starała się stłumić narastające podniecenie, skupiła się na przygotowaniach do lotu. Pierwszy kontakt z gatunkiem numer jeden po dziesięciu latach!

Przypomniała sobie profesora Goldsmitha, jego puste oczy, twarz zastygłą w bezruchu jak maska. Siedział, patrząc przed siebie, podobny do figury woskowej, czasem budził się, żeby płakać żałośnie albo śmiać jak dziecko. Lubił Eleonorę Fairfax, swoją dawną studentkę, tulił się do niej, przestraszony, kiedy go odwiedzała.

Nie takiego końca kariery spodziewał się profesor. Kiedy wyruszał na planetę Kepler 389 b, był u jej szczytu. Załoga Antaresa, nowoczesnego, właśnie oddanego do użytku statku, miała założyć na planecie bazę, zalążek przyszłej kolonii.

Na początku wszystko szło dobrze. Kolonistom niczego nie brakowało. Wysyłano satelity na orbitę, próbniki 236/43 c, zwane Łowcami, dostarczały naukowcom miejscową florę i faunę.

Nie wiadomo, kiedy dokładnie zaczęły się kłopoty. Pięć lat po założeniu bazy patrolowiec Radicocofloxarian ( zwanych dla ułatwienia Radkami) odebrał sygnał S.O.S z jednego z promów załogi Antaresa. Statek kosmiczny z Ziemi krążył po orbicie. W promie znaleziono na wpół obłąkanego asystenta profesora Goldsmitha. Reszta kolonistów, w tym sam profesor, znajdowała się w jeszcze gorszym stanie niż nieszczęśliwy asystent.

Z zapisków profesora, które tylko częściowo udało się odtworzyć, wynikało, że prowadził eksperymenty mające na celu modyfikację genetyczną gatunku oznaczonego w katalogu numerem pierwszym. Poza takimi cechami jak dodatkowe kończyny czy skrzydła udało się Goldsmithowi rozwinąć naturalną u tych stworzeń zdolność telepatii. Nie wiadomo, jak te istoty pokonały zabezpieczenia i wydostały się na wolność, wszystkie kamery i większość komputerów została uszkodzona.

Asystent Goldsmitha, młody Reeves, był w najlepszym stanie ze wszystkich, ale jedyne, co udało się z niego wydobyć, to okrzyk: ,,One to zrobiły! Mieszały nam w głowach!”, później zaczął szlochać i nie chciał więcej z nikim rozmawiać.

W całym zamieszaniu stracono  Łowców - maszyny rozbiegły się po okolicy.  Udało się ich wyłączyć zdalnie (jak się właśnie okazało, nie wszystkich).

Fairfax nie było wtedy na Ziemi, znajdowała się czterdzieści lat świetlnych dalej, próbując ustalić, dlaczego trzy tysiące lat temu zniknęli Voloni. Po powrocie odwiedziła profesora Goldsmitha. Odwiedzała go potem często, bo było jej go żal, zresztą profesor lubił jej wizyty, cieszył się, kiedy przychodziła, zawsze przed wyjściem musiała obiecać, że wróci, tak żałośnie na nią patrzył.

Włożyła skafander, wsiadła do lądownika i opuściła stację.

Ziemia, na której miała wylądować stawała się coraz większa. Lądownikiem targały wstrząsy, kiedy wchodził w atmosferę. Eleonora zacisnęła zęby.

Wkrótce znalazła się nad opuszczoną kolonią. Krążyła między budynkami, wzbudzając tumany kurzu. Ciemnozielone pędy oplatały zrujnowane laboratoria i mieszkania, słońce odbijało się w okruchach szyb, lśniących jak diamenty. Na pozostałościach ulic stały porzucone pojazdy, niektóre miały otwarte drzwi, zdawało się, że zaraz ktoś z nich wysiądzie, ale nie pozostał  nikt, kto mógłby jeździć po bezużytecznych  drogach.

Asfalt popękał, z licznych dziur wyzierały rośliny. Fairfax nie zauważyła żadnych zwierząt, wszystko poza roślinami zdawało się martwe.   

Łowca stał samotnie na pustym placu. Słońce odbijało się w jego pancerzu, rozgrzane powietrze falowało wokół. Fairfax wylądowała obok i wysiadła.

Było gorąco. Chciała otrzeć pot z czoła, ale zapomniała, że ma hełm. Strużka potu spłynęła ze skroni na szyję.

,,Mam nadzieję, że to zadziała”. Hełm z flaxium powinien uniemożliwić stworzeniu przedostanie się do jej umysłu. Fairfax nie miała dotąd okazji go wypróbować, musiała wierzyć, że testy są wiarygodne.

Otworzyła klapę w pancerzu. Dzięki instrukcjom ze stacji nie miała problemów z otwarciem klapy. Jeszcze tylko przekręcić. I gotowe.

Włączyła kamerę. Czekała. Minęło kilka, może kilkanaście sekund. Żaden dźwięk nie zakłócił ciszy, poza delikatnym szumem wiatru. Słońce grzało mocno, w końcu było lato. Fairfax, spocona i zdenerwowana, marzyła o powrocie na stację, zimnym prysznicu, kawie, to nic, że z tubki, kawa to kawa.

Nic się nie działo. Już chciała zajrzeć do wnętrza Łowcy, kiedy zobaczyła najpierw parę szarych łapek, okrągłe oczy, mały pyszczek, skrzydła. Stworzenie powoli wyszło na zewnątrz. Oślepione światłem, mrugało oczami. Potem zamarło w bezruchu, wpatrując się w Eleonorę.  

***

Nieprzenikniona ciemność nagle zniknęła, światło oślepiło Miszę. Zamknęła oczy. Najpierw pomyślała, że umiera. Nic się nie działo, oczy przestały piec, a ona wciąż żyła, choć ze strachu nie mogła się poruszyć. Co robić? Otworzyła oczy, zobaczyła błękitne niebo, mały obłok płynął przed siebie. Wiatr. Znowu poczuła wiatr, zapach bentu, przyniesiony z puszczy aż tutaj. Odetchnęła głęboko, zakręciło jej się w głowie.  

Nie wyczuwała niczyjej obecności. Postanowiła wyjść. Nie wiedziała, czy to bezpieczne, jednak nie mogła zostać. Złapała się krawędzi otworu i podciągnęła.

Zobaczyła go, stojącego przy Pożeraczu, obcą istotę bez twarzy. Istota nie poruszała się; Misza nie wyczuwała jej myśli, a jednak w jakiś sposób wiedziała, że żyje i patrzy na nią, choć nie ma oczu. Misza bała się. Bała się pustki, co to za istota, która ma ciemność zamiast twarzy? Czy to Inny? Jak potężni są Inni, skoro potrafią ukrywać swoje myśli? Jak straszne są te myśli, skoro je ukrywają? Czy Inny zabierze ją ze sobą do swojego świata? Misza wyobraziła sobie nieskończoną Pustkę pełną milczących, samotnych Innych.

***

Stworzenie patrzyło na Fairfax, a Fairfax patrzyła na stworzenie. Mała, bezbronna istotka kuliła się, przyciskając do boków parę skrzydeł. Eleonora starała się nie ruszać, bała się oddychać. Wiedziała, że stworzenie musi być przerażone.  

Postanowiła się wycofać. Powoli szła tyłem w kierunku lądownika. Równie powoli weszła do środka. Co teraz? Startować czy nie? Postanowiła odlecieć. Wzbiła się w powietrze. Unieruchomiony Łowca, opuszczone miasto, stawały się coraz mniejsze, aż całkiem zniknęły. Odetchnęła z ulgą. Wracała. Jej mózg działał (chyba), więc nie został usmażony. Jeszcze tylko napisze raport i będzie po wszystkim. Spojrzała do góry, na niebo, na którym pojawiły się gwiazdy.

***

Misza obserwowała start lądownika z mieszaniną strachu i fascynacji. Patrzyła, jak znika w błękicie nieba. Wiedziała, że niebo nie będzie już takie jak przedtem.

Rozprostowała skrzydła, unosiła się wyżej i wyżej. Krążyła nad miastem Innych, Pożeracz stał na placu, pusta skorupa bez życia, mała czarna kropka tam w dole. Nie próbował zatrzymać Miszy.

Leciała wiele godzin, prawie nie odpoczywając. Kiedy opadła z sił, usiadła na gałęzi. Słońce dawno zaszło, oba księżyce świeciły, doskonale widoczne: stateczny Lotar oraz wiecznie ścigający go szybki Amar. Oparta o pień drzewa Misza patrzyła w niebo. Widziała nieprzeliczone gwiazdy. Poczuła się mała, jak ziarenko złotego pyłu. Coś ściskało ją w gardle, przez ułamek sekundy żałowała, że Inny jej nie zabrał. Zganiła się za tę myśl, powinna wrócić do domu, wszyscy pewnie umierają ze zmartwienia. Tylko nagle świat wokół  wyogromniał, przestał być bezpiecznym domem. Jak ma opowiedzieć Rodzinie o tym, co ją spotkało? Jak sprawić, żeby zrozumieli? Nawet, jeśli  połączy się z nimi, nie pojmą przerażającej tajemnicy, która jej ciążyła. Może lepiej zachować to wszystko dla siebie?

Jeszcze raz popatrzyła w niebo. W sercu czuła dziwną, palącą tęsknotę.  

 

    

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 156  |  Dodano: 2017-05-18 21:59  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Zaginione Relikwie Rozdział 1 Tajemnicze spotkanie i jego następstwa
opowiadania 2017-07-22 22:29
  Nastał ranek, słońce wschodziło, zapowiadał się ładny dzień. W gospodzie “pod rybką”...
Poena
opowiadania 2017-07-20 22:24
Bardzo dawne opowiadanie po gruntownym liftingu.
Uciekinier cz, 2
powieść 2017-07-21 14:29
Chłopak zmienia otoczenie. Pierwsza lekcja go przerasta, więc tak jak zawsze ucieka. Nie rozumie, że...
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
Skłonności
Czytelnia | 2016-03-22 20:45
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com