Magdalena Lewańska
liczba publikacji: 9
liczba punktów: 144

Leśny domek

Zamierzała gruntownie wypocząć. Dość miała tempa, w jakim od roku mijały jej dni bez reszty napchane zajęciami. Nawet dni wolne od pracy Agnieszka spędzała czynnie, zaliczając spotkania z przyjaciółmi zaniedbywanymi w ciągu tygodnia. W pracy kierowała dużym laboratorium, organizowała odczyty, opiekowała się praktykantami. Wieczorami chodziła na kurs komputerowy, udzielała się w Związku Ochrony środowiska Naturalnego i zupełnie niepotrzebnie uczyła się chińskiego. Rano i w południe wyprowadzała starego psa bardzo starej sąsiadki, a związane ze spacerami poczucie nieodwołalności tego obowiązku psuło jej jedyne chwile zwolnionej szybkości. Teraz, gdy zdecydowała się opuścić ten kierat czuła, że nie wytrzymałaby już ani dnia zwłoki. Potrzebowała urlopu, potrzebowała cudnego, bezczynnego wypoczynku. Żadnego życia towarzyskiego, żadnych rozrywek, tylko spanie i dolce farniente. Leżak i książka, czasem plaża i spacer, leniwy pasjansik.

Tylko Dania mogła spełnić jej oczekiwania. Agnieszka wprawdzie nie była tam jeszcze nigdy, ale dużo słyszała o pełnej przyjaznego spokoju atmosferze tego kraju, o krajobrazie malowanym pastelą, o rozległych i cichych, prawie bezludnych plażach. W katalogu >Vand og Sol< wyszukała domek, wynajęła go telefonicznie, a teraz jechała tam pełna radosnego oczekiwania.

W momencie przekroczenia granicy, pozostawiła za sobą huk i nerwowość niemieckiej autostrady. W łagodnym świetle popołudniowego słońca zobaczyła przed sobą prawie pustą szosę i poczuła jak opada z niej naprężenie minionych miesięcy, jak przestaje się śpieszyć, jak rozluźniają się mięśnie jej twarzy, jak łatwiej oddycha. Przejeżdżała przez małe miasteczka, i niewielkie lasy, mijała rozrzucone wśród pól małe gospodarstwa ukryte za wałami ogromnych żywopłotów, i kościółki stojące na niskich wzgórzach. Cywilizowana natura dokładnie przemieszana z nie narzucającą się cywilizacją była dla nerwów Agnieszki kojącym lekarstwem, takim właśnie, o jakim marzyła.

Lodenhoj było niedużym osiedlem wypoczynkowym o niesprecyzowanych zarysach. Mniejsze i większe domki stały w spokojnych alejkach przechodzących tu i ówdzie w las, zza pasa wydm błyskało morze. Uliczka, przy której miał się znajdować domek Agnieszki była połączonym ze sobą kompleksem alejek o wspólnej nazwie Skovvej. Agnieszka szukała numeru osiem. Wysiadła z auta przy tablicy z planem i przyjrzała się rysunkowi. Posesji numer osiem na nim nie nie zaznaczono. Na liście właścicieli jednak wymieniony był niejaki Lars Poulsen, jako właściciel domku nr.8. To zgadzało się z tym, co przysłano jej z biura podróży, zaczęła więc szukać na piechotę, dom po domu.

Jeden..., dwa..., i nagle: dziewięć - ocho! - dziesięć..., jedenaście..., dwanaście...

Zawróciła: jedenaście..., dziesięć..., dziewięć - no, teraz będzie! Ale nie: - siedem..., sześć...

Agnieszka weszła w inną alejkę, ale zaraz zawróciła, bo ciąg numerów rósł zaczynając się od dwudziestego drugiego.

Następna alejka zapowiadała się nieźle: Trzy..., cztery..., pięć... Niestety za piątką kończyło się osiedle a zaczynały się pola uprawne. Oszaleć można!

Agnieszka zawróciła do punktu wyjścia i stąd jeszcze raz wyruszyła na rekonesans. Przemierzyła wszystkie odgałęzienia od początku do końca nie wyciągając przedwczesnych wniosków i odczytała każdy numer na każdym domku położonym przy Skovvej. Znalazła wszystkie od jedynki do trzydziestki. Z wyjątkiem ósemki...

Przez chwilę stała bezradna, wpatrując się tępo w gąszcz krzaków pomiędzy furtkami domków siódmego i dziewiątego. Dopiero po pewnym czasie uświadomiła sobie, co widzi. Krzaki nie stanowiły jednolitego żywopłotu, były to raczej dwie duże grupy zachodzące na siebie. A pomiędzy nimi? Agnieszka podeszła bliżej, a z każdym krokiem widziała wyraźniej jak zielona ściana otwierała się przed nią. To jeszcze jedna alejka ostrym zakrętem wchodziła w gąszcz. Zarośnięta wprawdzie, ale nadal dość szeroka, aby mogło przejechać nią auto. W głębi, na krzywym słupku zardzewiała tabliczka uśmiechała się do Agnieszki upragnioną cyfrą.

Wróciła po samochód i ostrożnie wśliznęła się pod zwisające gałęzie. Jeden zakręt, po dziesięciu metrach drugi i Agnieszka znalazła się na niewielkiej polance otoczonej młodym, gęstym lasem. Wyższe wiązy i jarzęby stały dopiero dalej, nie zacieniały domku. Tam, gdzie powinien być trawnik rosły wysokie pokrzywy i jeżyny, których płożące się pędy wpełzały na wysypany żwirem placyk, pozostawiając zaledwie tyle miejsca ile potrzeba na rozstawienie leżaka.

Klucz leżał pod wycieraczką, odjeżdżając miała odłożyć go tam z powrotem. Podobał jej się ten zwyczaj redukujący formalności do minimum. Od razu poczuła się jak u siebie. Szybko wniosła torby i walizkę, rozłożyła rzeczy w szafach, włączyła prąd, sprawdziła, czy wszystkie urządzenia funkcjonują i poszła poszukać morza.

Znalazła je łatwiej niż domek. Piaszczysta, płaska plaża ciągnęła się w obie strony, daleko od brzegu grupka młodzieży bawiła się piłką stojąc po pas w wodzie. Fale łamały się wcześnie i biegły spienione, lecz niegroźne. Agnieszka zdjęła buty i powędrowała granicą wody i piasku. Niekiedy schylała się by podnieść jakiś kamyk. Większość znowu wyrzucała, ale kilka zawsze zabierała do domu, lubiła też nosić je w kieszeniach i czuć ich twardą gładkość. Jak zawsze przypomniała sobie wierszyk ułożony kiedyś dawno przez jej przyjaciółkę. I jak zawsze znów zachwyciła się jego prostotą i wdziękiem:

Na plaży raz zbierałam

kamyczki do zapalniczki.

Już dawno starych nie miałam

i bardzo nad tym cierpiałam.

Zdarzyło się, że znalazłam

kolorowe kamyczki,

lecz znowu pecha miałam,

bo brakło mi zapalniczki.

W drodze powrotnej Agnieszka raz jeszcze obejrzała plan. Dopiero teraz zauważyła, że w miejscu, gdzie teraz mieszkała był zarys jej posesji, ale bez numeru i zabudowy.

- Bałaganiarstwo - westchnęła i poszła dalej.

Tej pierwszej nocy zasnęła wcześnie i spała nie budząc się do rana.

*

Na stoliku przy drzwiach leżała Księga Gości. Agnieszka zaczęła przeglądać ją przy śniadaniu. Gdy po raz trzeci wpadły jej w oko słowa przemiły pan Poulsen, zaczęła zaniepokojona czytać książkę systematycznie od początku. Pierwszego wpisu dokonano już bardzo dawno, dwadzieścia lat temu. Goście spędzający tu wakacje chwalili dom, w którego budowę pan Poulsen włożył tyle pracy i serca, dziękowali przemiłemu gospodarzowi za organizowanie rozrywek, takich jak nocne łowienie ryb, jedzenie krabów przy ognisku, wyprawy na pobliskie wyspy. Włos jeżył się Agnieszce na głowie, gdy to czytała. Nagle poczuła się zagrożona. Co zrobi, gdy przezabawny właściciel przyjdzie i zacznie jej organizować wypoczynek? Powie mu, że nie ma ochoty na wycieczki i przygody? Ha! Zawsze jeszcze pozostanie możliwość wielogodzinnych interesujących dyskusji na każdy możliwy temat. Ze zgrozą przewracała kartkę po kartce. Miał dla nas zawsze czas, albo: chętny do pomocy o każdej porze dnia i nocy. Ileż gorzkiej ironii w tych zdaniach! I zawsze nieszczera obietnica: na pewno przyjedziemy tu znów za rok. Lata mijały, ale żadne nazwisko już się nie powtórzyło. Nie wracali.

Od czasu do czasu Agnieszka odrywała wzrok od Księgi, aby rzucić podejrzliwe spojrzenie na zarośniętą ścieżkę, na której lada chwila mogła pojawić się pełna energii postać wesołego emeryta. Ratunku...

Na pewno niejeden już wczasowicz próbował bronić się i protestować. Ale Poulsen miał doświadczenie. On znał się na ujarzmianiu! Zbije każdy argument, nie przejmie się żadną trudnością. Bezwzględna pijawka.

Czytała dalej. Rok po roku, sezon po sezonie te same wymuszone komplementy. Agnieszka już chciała zamknąć Księgę, gdy nagle trafiła na wpis różniący się od poprzednich. Szkoda, że nie poznaliśmy gospodarza. I od tego miejsca zawsze już tylko do nikogo konkretnie nie kierowane podziękowania. Kartka za kartką żadnej już wzmianki o panu Larsie Poulsenie za to szczere pochwały dla tego najspokojniejszego miejsca na ziemi, gdzie utrudzeni przybysze odzyskiwali fizyczne i psychiczne siły.

Agnieszce zrobiło się nagle głupio i trochę wstyd, że tak wrogo myślała o Poulsenie. Nie, on nie przyjdzie, nie miała się czego obawiać. Przecież zbudował ten dom jako emeryt dwadzieścia lat temu. Poulsen, negatywny bohater Księgi Gości umarł prawdopodobnie już dawno, a właściciel domku, Lars Poulsen, był jego synem, a może nawet wnukiem. Poulsen junior nie przejął zwyczaju przodka, przez całe lata nie przychodził bawić wczasowiczów, nie przyjdzie więc i teraz. Agnieszka poczuła się znowu pewnie. Ponieważ nie potrzebowała już bać się jego natarcia, przyznawała obiektywnie, że Poulsen rzeczywiście musiał całą duszę włożyć w budowę i urządzenie tego domku. Wszystko było wprawdzie dość skromne, ale nie sprawiało wrażenia zbieraniny rzeczy niepotrzebnych gdzie indziej. Wiele przedmiotów, a nawet parę mebli niezrównany majsterkowicz wykonał sam, kanapka i fotele były wygodne, a urządzenia funkcjonalne.

Agnieszka chodziła codziennie na plażę, albo na spacery, ale większość czasu spędzała przy domku na leżaku wśród jeżyn. Dzieliła swój raj z ptakami, królikami i wiewiórkami, które nie przejmując się jej nieruchomą obecnością prowadziły swoje własne życie. Wieczorne pojawienie się jeża dawało hasło do przeniesienia się na cieplejszą werandę skąd czasem udawało jej się zobaczyć przelatującą sowę. A gdy robiło się całkiem ciemno, siedziała w domu pod dużą lampą i czytała, a tykanie starego zegara roztaczało atmosferę bezpieczeństwa i spokoju. Jakby w zadośćuczynieniu za początkowo wrogie nastawienie do starego Poulsena, Agnieszka myślała teraz o nim z wdzięcznością, bo w gniazdku, które stworzył, regenerowała się doskonale.

Było jednak coś, co rzucało cień na tę idyllę. Pewnego razu Agnieszka zbudziła się w środku nocy. Przewróciła się na drugi bok, ale nie mogła już zasnąć. Nie dlatego, żeby nie była senna, ale nagle poczuła się dziwnie nieswojo. Czuła się tak, jakby razem z łóżkiem i kołdrą zawinięta była w czarną watę. Ciemność i cisza były absolutne, nieomal dotykalne. Agnieszka leżała bojąc się ruszyć, bojąc się nawet otworzyć oczy, pocąc się ze strachu i dlatego, że przykryła się zbyt szczelnie. O spaniu nie było co marzyć. Drżącą ręka namacała przełącznik i zapaliła światło. Poczuła się tylko odrobinę lepiej, ale ta odrobina wystarczyła, żeby zmobilizować ją do dalszej działalności. Agnieszka przeszła z sypialni do pokoju mieszkalnego i tam także pozapalała wszystkie światła. Wnętrze wyglądało jak zawsze miło i przytulnie, ale poczucie zawieszenia w próżni nie mijało. Jakby poza domkiem nie było nic.

Nie odważyłaby się teraz odsunąć zasłony i wyjrzeć przez okno. Łyknęła cztery drażetki waleriany, ugotowała sobie kakao i popijając je czekała aż poczuje zmęczenie i powracający spokój. Tłumaczyła sobie przy tym, że nocne lęki spowodowane ciemnością są sprawą najnaturalniejszą dla takiego mieszczucha jak ona. Mieszczuch po prostu nie jest przyzwyczajony. W mieście nigdy nie bywa na prawdę ciemno, nawet gdy najbliższe latarnie się nie świecą, a księżyc jest na nowiu.

Od tej nocy Agnieszka łykała walerianę profilaktycznie co wieczór i rzeczywiście nie zbudziła się już nigdy więcej przed świtem.

*

Spośród materiałów informacyjnych przekazanych jej przez biuro podróży, Agnieszka wyłowiła karteczkę dotyczącą wywozu śmieci. Pamięć nie myliła jej, czarno na białym stało tam: raz w tygodniu, bez wyszczególnienia dnia. Gdy przyjechała dziewięć dni temu, papierowy wór w kuble zawierał resztki po poprzednich lokatorach, a teraz, choć niedziela i poniedziałek nastały po raz drugi, nikt nie przychodził, żeby go wymienić. Było w nim jeszcze miejsce, ale ponieważ zaczynał śmierdzieć i przyciągać muchy, Agnieszka poczuła się zmuszona interweniować. Zatelefonowała do biura >Vand og Sol< istniejącego dyskretnie gdzieś w pobliżu. Obiecano zająć się tą sprawą natychmiast.

*

- Dzwoniła wczasowiczka ze Skovvej osiem, nie zabrano śmieci. Mam dzwonić do Przedsiębiorstwa Oczyszczania? - zwróciła się młoda praktykantka do starszej urzędniczki.

- Tak, proszę. To znaczy... Który numer pani powiedziała?

- Ósemka.

- A to nie, nie trzeba.

- Ale Lodenhoj śmieciarka objeżdżała wczoraj, więc następny raz będzie dopiero za tydzień, a ona mówiła, że już jej śmierdzi!

- Nie szkodzi, niech się pani tym nie martwi. To będzie załatwione – starsza pani zawahała się - w inny sposób. Na przyszłość: jeżeli dzwoni ktoś ze Skovvej osiem, to proszę zawsze tylko przytakiwać, obiecywać, co chcą, a potem niech panią o to głowa nie boli.

- W porządku - powiedziała praktykantka i wzruszyła ramionami. Nie była ciekawa.

- I jeszcze jedno - przypomniała sobie starsza urzędniczka - gdy zadzwoni Lauritzen, właściciel osiemnastki, to proszę mi oddać słuchawkę. To trudny człowiek. Dzwoni i narzeka. Nie dałaby pani sobie z nim rady.

- A gdyby pani nie było? Nie ugryzie mnie przez telefon. Dlaczego narzeka?

- No dobrze, powiem pani na wypadek, gdyby mnie nie było. Lauritzen będzie marudził, że jego letnicy nie przyjechali i domek stoi pusty. Trzeba go uspokoić, że mimo to dostanie pieniądze.

- To chyba jasne, jeżeli lokator nie odmówił w terminie?

- Tak, oczywiście. Ale jemu nie chodzi tylko o pieniądze. To jest dość rzadkie, że goście nie przyjeżdżają, ale jemu zdarza się to przynajmniej raz w sezonie. Rozumiem, że go to drażni. Niestety przypuszcza, że to my w jakiś sposób do tego się przyczyniamy. Może dlatego, bo nie zawiadamiamy go w porę.

- No to powinnyśmy go zawiadamiać!

- Jak? Ci ludzie nie odmawiają. Ani przed terminem, ani potem. Ale zawsze płacą pełną sumę.

- Dziwne. I pani przypuszcza, że to się znów zdarzy?

- Mam takie przeczucie.

- Ale pani nie wie nic konkretnego?

- Nic nie wiem. Absolutnie nic! - powiedziała Jette Poulsen zdecydowanie.

*

Na drugi dzień śmieci śmierdziały o jeden stopień intensywniej, stwierdziła Agnieszka wyruszając rano na wyprawę do miasteczka. Wróciła popołudniu i zaraz chwyciła zapomniane na stole okulary do czytania. Nareszcie mogła obejrzeć swój cenny zakup, dużego formatu widokówkę przedstawiającą Lodenhoj z lotu ptaka. Lubiła wszelkie mapy i plany, a za fotografiami z lotu ptaka dosłownie przepadała. Czuła zawsze dreszcz emocji oglądając znajome miejsca z tej perspektywy.

Na zdjęciu widoczna była część półwyspu, na którym znajdowało się osiedle i kawałek morza. Niewielki las wsuwał się językami pomiędzy uliczki. Agnieszka bez trudu zidentyfikowała główną szosę i Skovvej przypominający pięciopalczastą rękawiczkę. Tu, u nasady kciuka powinien stać jej domek. Nie, chwileczkę. Dach się nie zgadzał, za płaski i szary. Płaski szary dach miała dziewiątka. Tak, to ona, Agnieszka poznawała domek, koło którego codziennie przechodziła. Rozpoznała też siódemkę w kształcie L i parę innych domków, nie znalazła jednak ósemki. Czyżby pocztówka była już taka stara, jeszcze sprzed budowy Leśnego Domku? Ponad dwadzieścia lat. No cóż, może. Ścisły umysł Agnieszki nie lubił nie sprawdzonych hipotez. Sięgnęła po katalog >Vand og Sol< i odszukała w nim duży, luksusowy dom widoczny na widokówce. Data budowy: 1988! Zaledwie cztery lata temu. Cztery lata temu ósemka stała tu już od szesnastu lat. Dlaczego więc nie widać jej na zdjęciu? Może las zasłaniał? Pewnie tak. Oczywiście musiało tak być, teraz posesję zarastają głównie jeżyny, w których żaden budynek się nie ukryje, ale trzy, cztery lata temu drzewa mogły podchodzić pod sam dom. Innego wytłumaczenia nie ma. Niemożliwe przecież, żeby ktoś ten domek przed zrobieniem zdjęcia rozebrał, a potem poskładał. Chyba że...

Agnieszka poczuła dreszcz emocji. Niewytłumaczalne zjawisko, przedziwne zdarzenie, coś, o czym dotychczas tylko czytała, w co nigdy nie wierzyła i co jednocześnie zawsze chciała sama przeżyć. Domek istniał, bo przecież w nim mieszkała, ale jednocześnie nie było go na zdjęciu. Przypomniała sobie jak trudno przyszło jej go znaleźć na samym początku pobytu i jak potem właściwie domek ją znalazł, a nie ona domek. A śmieciarze, choć tutejsi wcale nie potrafili tu trafić.

Odłożyła pocztówkę i katalog, bo bała się, że gdy będzie je dalej oglądała, gdy zacznie się bardziej nad tym wszystkim zastanawiać, trafi wreszcie na rozwiązanie i w ten sposób straci swoją własną niewytłumaczalną przygodę. Już kilka razy w życiu wydawało jej się, że była świadkiem nadprzyrodzonych zjawisk, a potem przez głupią dociekliwość pozbawiała się przyjemności posiadania własnej historii z duchami.

*

Śmieci śmierdziały coraz przenikliwiej, lecz to nie zawadzało już Agnieszce. Pełny kubeł stał się dla niej dowodem na nierealność domku. Posypała gnijące odpadki piaskiem, co trochę przytłumiło odór i dzień po dniu z przyjemnością stwierdzała ich obecność. Aż nadszedł krytyczny dzień, dzień wywożenia śmieci.

Z ławeczki przed kościółkiem na wzgórku Agnieszka obserwowała z napięciem trasę śmieciarki. Widziała ją wjeżdżającą w palczasty Skovvej, słyszała warkot motoru. Przeczekała jej odjazd i kłusem popędziła do domu. Bez tchu dopadła kubła, podniosła pokrywę i odetchnęła z ulgą. Śmieci były! Już nic jej nie groziło. Zanim minie tydzień, Agnieszka wyjedzie stąd i zabierze ze sobą swoją własną niesamowitą historię. Teraz, zamiast dzwonić ponownie do biura z reklamacją, dosypie tylko następną porcję piasku, ma go tu pod dostatkiem.

*

Dwa dni później leżała w słońcu na leżaku przed domkiem, marząc leniwie i wdychając delikatny smrodzik wydobywający się spod warstwy piasku. Wtem usłyszała nieznany dźwięk, cichy chrzęst żwiru na ścieżce. Otworzyła oczy i w zielonym cieniu alejki ujrzała zbliżającego się na rowerze starszego mężczyznę o wyglądzie rybaka. Zatrzymał się przed nią i uśmiechnął przepraszająco.

- Dzień dobry...

- Dzień dobry - odpowiedziała niechętnie.

Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze milej i jeszcze bardziej przepraszająco.

- Myślałem, że jest pani na plaży. Ja na prawdę nie chciałem przeszkadzać.

Był tak wyraźnie zmartwiony, że Agnieszka rozchmurzyła się trochę.

- Nie przeszkadza pan - powiedziała nieszczerze i też się uśmiechnęła.

- O, ja się nie pogniewam, jeżeli mnie pani przepędzi, ja nawet sam za chwilkę pójdę. Przyszedłem tylko, bo dowiedziałem się, że ma pani kłopoty ze śmieciami. Sam się tym zaraz zajmę - pokazał przywieziony brunatny, papierowy worek. - Szybko wymienię i już mnie nie ma.

Agnieszka westchnęła z rezygnacją.

- Będę panu bardzo wdzięczna.

Marzenie o własnej niewytłumaczalnej historii prysło, śmieci w jednej chwili straciły znaczenie, więc lepiej już, żeby ich nie było. Rzeczywiście zatruwały powietrze. Staruszek mozolił się z pełnym worem.

- Jest pan pracownikiem >Vand og Sol

- O nie - odpowiedział stary rybak.

Zamilkł, choć wyraźnie chciał coś jeszcze powiedzieć, przyglądał się Agnieszce chwilę, wreszcie uśmiechnął się dumnie:

- Nazywam się Lars Poulsen. Jestem właścicielem Leśnego Domku.

- Och! - zawołała Agnieszka zaskoczona. Poczuła, jak znika z jej serca zadra spowodowana tym, że pierwszego dnia z taką niechęcią myślała o gospodarzu.

- To pan - już chciała powiedzieć >żyje<. - To pan zbudował ten dom?

- Tak, to ja. Każdy gwóźdź sam wbiłem. Podoba się pani?

Jego twarz jaśniała dumą i zadowoleniem, Agnieszka nie żałowała więc komplementów.

- Niech pan usiądzie i opowie, jak to było - poprosiła.

Wiedziała, że sprawi mu tym przyjemność i robiła to chętnie. Musiała przyznać, że Poulsen był rzeczywiście uroczy. Nie tak go sobie wyobrażała czytając Księgę Gości. Opowiadał teraz dokładnie, ale nie nudnie, historię powstania domku.

- Nie zamierzałem tu nigdy sam mieszkać, bo mój własny dom był jednak wygodniejszy, ale gdy skończyłem wszystkie prace i zgłosiłem go do >Vand og Sol<, zaczęło mi czegoś brakować. Byłem już wtedy wdowcem, dzieci poza jedną córką rozjechały się po świecie, na morze już nie wypływałem. Tak... - zamilkł i spochmurniał. - Głupi byłem... głupi... - znów milczał zagłębiony w niemiłych, widać, myślach.

Nagle otrząsnął się i wstał.

- Ja już pójdę. Ja na prawdę chciałem tylko zabrać te śmieci. Myślałem, że pani na plaży.

Agnieszka czuła, że nie powinna pozwolić mu teraz odejść. Wolała, żeby znów uśmiechał się tak beztrosko, jak przed chwilą. Zmartwienia starych ludzi bolały ją zawsze szczególnie.

- Niech pan zostanie - poprosiła ciepło - i opowie, co pan ma na sercu.

- I na prawdę nie woli pani być sama? - pytał jeszcze siadając. - Stary był człowiek i głupi - zaczął. - Myśli pani, że teraz jeszcze starszy i jeszcze głupszy? - spojrzał na nią filuternie - A nie, teraz już nie. Dostałem twardą naukę, ale lepiej tak.

Agnieszka nie rozumiała, co miał na myśli, ale nie przerywała pytaniami. Rozumiała, że Poulsen chciał się z czegoś wyspowiadać i jedyne, czego potrzebował, to życzliwy słuchacz.

- Jak już mówiłem, zaczęło mi czegoś brakować. Ten dom stał mi się bliski, nie widziałem w tym nic złego, że przyjdę tu czasem i sprawdzę, czy wszystko w porządku. Wczasowicze byli zawsze mili, chętnie ze mną rozmawiali, tak mi się w każdym razie zdawało. Opowiadali też, jak spędzają czas: plaża, spacer, leżak. Tu rzeczywiście nie ma innych rozrywek. Ja zawsze byłem czynny, nigdy nie siedziałem na miejscu, jak byłem młody. Raz złamałem nogę i musiałem leżeć. Ledwo wytrzymałem, nie miałem co robić, nudziłem się. A dach przeciekał, trzeba go było naprawić. No to jak nikt nie patrzył, wlazłem na dach z tą nogą w gipsie - zachichotał. - No i spadłem! Ale nic się nie stało, bo na kupę gnoju spadłem. Aleśmy się śmiali... - dodał tęsknie.

Przerwał na chwilę i podjął uroczystym tonem:

- Ja teraz wiem, że nie każdy jest taki, że ciągle musi coś robić, ale wtedy nie wiedziałem i żal mi było tych wczasowiczów. A może wiedziałem, ale nie chciałem o tym myśleć, bo sam dla siebie szukałem rozrywki? W każdym razie zacząłem przychodzić tu coraz częściej. Nie przeganiali mnie, robiłem, co mogłem, żeby się dobrze bawili w czasie wakacji. Zawsze dziękowali... czytała pani Księgę Gości, więc byłem przekonany, że wszystko jest w porządku.

Aż pewnego razu, to było w 1985, przyjechała tu taka para, on i ona. Tacy jacyś byli skwaszeni, smutni już od samego początku. Postanowiłem zrobić z nich wesołych ludzi. Muszę przyznać, że zadowolony byłem z tego zadania, bo to byli pierwsi lokatorzy w sezonie, można powiedzieć, że byłem wyposzczony.

Czego ja nie robiłem, żeby ich rozruszać! Grałem im na akordeonie, uczyłem wiosłować i zarzucać sieci, raz nawet w środku nocy przyszedłem przebrany za Wikinga, trochę ich postraszyć, a potem się pośmiać. Zbieraliśmy suche gałęzie na ognisko świętojańskie. No i na drugi dzień po tym ognisku przyszedłem dopiero wieczorem, bo całą noc spędziliśmy przy ogniach na plaży. Przychodzę, a ona sama. Na kominku ogień, ona patrzy w ogień i płacze. Zacząłem ją pytać, gdzie przyjaciel. Żartowałem trochę, jak zawsze, a ona nic. Milczy i patrzy na mnie. Łzy jej już nie lecą, oddycha tylko głośno. A potem mówi: \\\"Zamknij się wreszcie!\\\". Tak to powiedziała, że od razu zamilkłem, przestraszyłem się. Wtedy ona zaczęła mówić i przyznaję, że było to kazanie, które mną wstrząsnęło. Pamiętam każde słowo, choć to już tyle lat.

Mówiła: \\\"Czy nie zastanowiłeś się nigdy nad tym, jakim ciemiężcą jesteś dla swoich gości? Co ja mówię, gości?! Nikt nie przyjeżdżał tu do ciebie. Każdy wynajmował ten domek od pośrednictwa i płacił za to drogie pieniądze. Tak często użalałeś się nad nami, że nie mamy tu żadnych rozrywek, ale czy pomyślałeś o tym, że każdy przyjechał tu dobrowolnie i świadomie, właśnie dlatego, bo Lodenhoj to taka spokojna miejscowość? Ludzie zapracowani, zagonieni, całymi miesiącami żyją nadzieją na ten cichy i spokojny urlop. Mają tylko te parę tygodni w roku i nie pragną niczego poza spokojem. A ty, egoistyczny potworze, traktowałeś nas jak osobistą własność i nie wypuszczałeś ze szponów aż do ostatniej chwili. Założę się, że jeszcze machałeś każdemu na pożegnanie, zmusiwszy go poprzednio do wpisania się w Księgę.

Jeśli o mnie chodzi, to zmarnowałeś nie tylko mój wypoczynek. Pozbawiłeś mnie mojego przyjaciela. Przyjechaliśmy tu z niewielką nadzieją, że uda nam się posklejać skorupy naszego związku, z nadzieją na nowy początek. Nie wiem, czy by nam się udało. Z tobą nie mieliśmy szans. Nasza historia już się skończyła, ale nie pozwolę, abyś dalej dręczył ludzi. Koniec z tym domem!\\\"

Zanim pojąłem, co się święci, chwyciła szufelkę, nabrała na nią wegli z kominka i szerokim ruchem rozrzuciła je po domu. Nie było co gasić, ogień wybuchł w tylu miejscach jednocześnie. Złapałem ją za rękę i wyciągnąłem z płonącego domu. Staliśmy wpatrzeni w płomienie. Nie mówiła nic, ja też milczałem.

Miałem poczucie, że mój świat się wali. To była rozpacz, ale nie gniew, to było przerażenie, bo zrozumiałem... Czułem potworny ból w piersi. Gdy przyjechała straż, było już po wszystkim... i zgliszcza dogasały...

Milczał, jakby przeżywając to jeszcze raz i Agnieszka nie pytała o nic.

- Tak... - dokończył wreszcie - ludzie myśleli, że to strata ukochanego domu złamała mi serce, a to ciężar winy mnie... złamał.

Popatrzył na Agnieszkę i uśmiechnął się pocieszająco.

- Zasmuciłem panią, to niedobrze. To była gorzka nauka, ale potrzebna. Wdzięczny jestem za to, że tamta kobieta otworzyła mi oczy. I wdzięczny jestem za to, że wolno mi naprawić moje przewinienia.

- Odbudował pan dom.

- Odbudowałem...? – powtórzył z roztargnieniem - Tak, odbudowałem. Odtworzyłem taki sam, jak był, w najmniejszym szczególe. I teraz dbam o to, żeby moi goście mieli tu zupełny spokój. Jestem szczęśliwy, gdy wiem, że ludzie tu wypoczywają. Jedyny kłopot jest z tymi śmieciami. Zabrałbym je już wcześniej, ale pani tak rzadko wychodzi. Dziś byłem pewny, że pani jest na plaży...

- Proszę się już tak nie przejmować - powiedziała Agnieszka serdecznie. - Czuję się tu wprost wspaniale. Przyznam, że początkowo czytając zapiski w Księdze bałam się, że przyjdzie pan i ... - zawahała się - zatruje mi wakacje. Mówię tak szczerze, bo myślę, że tym wyznaniem bardziej pana ucieszę, niż zmartwię. Teraz cieszę się, że pan tu był i ... - przerwała nagle i spojrzała na Poulsena z obawą.

On zaśmiał się:

- Nie, nie, niech się pani nie boi. Nie zacznę teraz przychodzić i straszyć letników moją opowieścią. Moim jedynym celem jest zapewnienie im dobrego wypoczynku. Pani pokazałem się przypadkiem, na przyszłość będę bardziej uważał.

Powiedziawszy to pożegnał się szybko, wsiadł na rower i po chwili znikł w zarośniętej alejce.

Dwa dni później Agnieszka opuściła Lodenhoj i dopiero po przekroczeniu granicy uświadomiła sobie, że nie wpisała się do Księgi Gości. Zmartwiło ją to trochę, ale pocieszyła się, że już ustnie wyraziła podziękowanie.

Jechała dalej nie myśląc o niczym specjalnie, ale widocznie hasło >Księga Gości< puściło w ruch mechanizm skojarzeń. Poczuła, jak jakaś informacja coraz wyraźniej wdziera się do jej świadomości.

Był pożar. Spaliło się wszystko... \\\"Chwyciłem ją za rękę i wyciągnąłem z płonącego domu.\\\" Niczego nie ratowali, nie wynosili. Spaliło się wszystko... Księga Gości z wpisami sprzed 1985, z wpisami, które czytała, też...!!

Powiedział: \\\"Odbudowałem? O d t w o r z y ł e m wszystko.\\\" A potem \\\"pani p o k a z a ł e m się przypadkiem\\\"...

Agnieszka poczuła zalewającą ją falę gorąca, w uszach usłyszała pulsowanie krwi. A więc jednak miała swoje nadprzyrodzone zjawisko, lecz mimo ogarniającego ją zachwytu czuła się wdzięczna, że przekonała się o tym dopiero teraz.

 

Podziel się Śledzik facebook Twitter blip.pl
Wyświetleń: 126  |  Dodano: 2018-02-14 15:25  |  Punkty od użytkowników: 0
Komentarze

Jeszcze nikt nie skomentował tej publikacji.
Bądź pierwszy!

Zobacz również
Była
poezja 2018-02-20 17:10
Na rozdrożu
opowiadania 2018-02-20 13:58
Gdyby móc skorygować dawny błąd...
Krajobraz letni
poezja 2018-02-19 19:59
Widok z balkonu latem 
„Idąc” Krzysztof Mich
Recenzja | 2018-01-17 17:15
Małgorzata Południak
Złoty wawrzyn pozostanie złoty
Czytelnia | 2017-02-26 02:25
Małgorzata Południak
Raport z nie-tożsamości, Ewa Sonnenberg "Obca"
Akademia pisania | 2016-09-05 21:29
Paweł Dąbrowski
O sztuce, życiu i przyjaźni (I)
Autor allarte | 2016-09-05 21:24
Małgorzata Południak
Liryczni mężczyźni, spokój oceanu i dzika okolica
Czytelnia | 2016-09-05 21:11
Małgorzata Południak
pokaż wszystkie »
SZAFa kwartalnik literacko artystyczny
Poezja. Proza. Krytyka literacka. Recenzje. Relacje z wieczorów poetyckich. Ekfraza. Wywiady. Teatr. Fotografia. Malarstwo.
szafa.kwartalnik.eu/
Art Pub Kultura
Poezja. Kultura. Wernisaże.
www.artpubkultura.blogspot.com